niedziela, 29 stycznia 2012

#20 - Cause we got the floor now

Imiona i nazwisko: Susanne Amelia Carter.

Wiek: 18 lat, 3 miesiące, 12 dni.

Znamy się od:  14 lat, 10 miesięcy i 6 dni.

Razem : Od pierwszej grupy przedszkola.
Razem wymiotowałyśmy na karuzeli, razem chorowałyśmy na ospę, świnkę i różyczkę, razem jeździłyśmy plastikowym traktorem po rabatkach w ogrodzie udając kombajn,  razem rysowałyśmy kredą kucyki na chodnikach, razem błagałyśmy panią w świetlicy, żeby puściła nas same do domu, bo chciałyśmy obejrzeć na nowe odcinki „Mody na sukces”, razem przemycałyśmy do domu małe kotki, żeby chować je w pudełkach po płatkach śniadaniowych, razem próbowałyśmy nawiązać połączenie z kosmosem przez antenki w beretach, razem wjeżdżałyśmy wózkami sklepowymi w regały, żeby sprawdzić, czy to nie ukryty peron 9 ¾, razem rozbijałyśmy filiżanki, żeby z uszek po nich zrobić uchwyty do plastikowych torebek.
Zawsze i wszędzie razem.
Sue znała mnie, jak nikt inny. W niektórych przypadkach  znała mnie lepiej, niż ja sama. Byłam dla niej jak otwarta księga. To ten niesamowity rodzaj przyjaźni, gdy druga osoba jest idealnym uzupełnieniem Ciebie. Jak dwie siły – yin i yang, które się uzupełniają wzajemnie. Wiedziała o mnie wszystko, znała każdą moją słabość, każdy strach, każde dziwactwo. Po prostu wszystko.

Wiedziała, że tego nienawidzę! WIEDZIAŁA! I co? I nic z tym nie zrobiła! 14 lat, 10 miesięcy i 6 dni znajomości szlag trafił.
Wiem, że przesadzam (taka natura ludzka, człowiek urodził się słaby). Za bardzo mnie poniosło. No ale gdybyście zobaczyli to, co ja, po powrocie do domu, zrozumielibyście mnie doskonale. Jedyną rzeczą, której nienawidziłam (oprócz cynamonu, golfów, przepełnionej zmywarki i zielonego pulowerka w renifery  Annie Misney), było grzebanie w moich rzeczach. Czułam się wtedy, jakby ktoś naruszał moją strefę intymną. Jakby najzwyczajniej w świecie zdarł ze mnie ubranie, zrobił zdjęcie i wrzucił do Internetu. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie (i oburzenie!), gdy otworzyłam drzwi pokoju i ujrzałam:

1. Sue nawaloną w trzy dupy z poszewką po MOJEJ poduszce na głowie i MOIM prześcieradłem a la majtki wojownika sumo leżącą na MOIM białym płaszczyku udając, że robi orła w śniegu.

2. Gołego jak święty turecki Stylesa z krawatem wokół czoła, obwieszonym po całości MOJĄ biżuterią z plecami wymalowanymi w jakieś hieroglify MOIMI szminkami, który pindrzył się przed toaletką szorując pośladami po MOIM fotelu. (on był nawalony w cztery dupy, jak nic!)

3. Niall`a ufajdanego od stóp do głów okruszkami po MOICH słodyczach z MOJEJ sekretnej szuflady, obklejonego całego gumą do żucia i zdjęciami MOJEJ babci wyciągniętymi z MOJEGO albumu, siedzącego  na parapecie i próbującego grać na gitarze trzymanej do góry nogami nad głową.

4. Lou zgonującego pod MOIM łóżkiem w spodniach zrobionych z kartek wydartych z MOICH numerów Vogue i spiętych MOIMI wsuwkami oraz w kapciach zrobionych z MOICH ukochanych misiów przywiązanych do stóp MOIMI jedwabnymi apaszkami

No myślałam, że ocipieję, wyjdę z siebie i stanę obok. Takie małe 3 w 1.

- CO TU SIĘ DO CHOLERY DZIEJE?!

Zwłoki Lou leżącego pod łóżkiem podskoczyły nagle i wydały z siebie głośne „Auuuu!”, gdy przywalił głową w drewniany stelaż. Sue przestała machać rękami robiąc orła na moim płaszczu i patrzyła na mnie oczami okrągłymi jak spodeczki od filiżanek, robiąc przy tym minę, jakby piła coś przez słomkę – niewidzialną słomkę.

- Hułeochłe, Tom! – wybełkotał w moją stronę nawalony Hazza. – Dzieeeenky boku, że juuusz jesteście, bo ja siem tutej szykujem naaaa pianino knocert bende leżał na pianinach yyyy no i Barbra Sztrajsant dlategoooo biżuteria na nodze u kostkiiii. Ładne mam plecyccy Twoja szmiiiiiiiiiinka mam na głowie bandnadarz może byyyyyyyyyyć? – po czym zaliczył glebę próbując przejść nad nogami Sue, żeby do mnie dojść. Zaczął robić coś w stylu tańca z klipu LMFAO „I`m sexy and I know it”, ale wychodziło mu to co najmniej… no, nie wychodziło. Wyglądał jak pozbawiona wody flądra na dnie łodzi.

- JE-ZUS-MAR-IA – wysylabizowałam usuwając się na podłogę pod ścianą i chowając głowę w dłoniach.
- Fzie fupiłas fe fiastka? Fą fiesamofite! I fa fekolada. Mój bofe… - rozpływał się Horan, próbując wyrazić podziw nad moimi ciastkami, parskając okruchami na prawo i lewo. – Fafciu, fcesz froche? – zapytał zdjęć z podobizną mojej babci przysuwając do jej twarzy kawałek ciastka.
- Nigdzie nie ma marchewek. Co to za dom, żeby nie mieć pola marchewek? Co to za łóżko, żeby pod nim nie było pola marchewek? Co to za wykładzina, żeby nie było pola… - rozpaczał Lou.
-One, two, three, flick. – zanucił Liam wparowując do mojego pokoju krokiem tanecznym a la starożytny Egipt wymachując marynarką nad głową. – One, two, three… O, cześć Carol! – spojrzał na mnie, wyszczerzył się i odpajacował dalej. – One, two, three, filck!
-Och, Toooom, szszy fygloooondam pianino bo ja już muuuuszem iść koncerty pokasssywadź i plecyy mogom być dobsze? Z-zienkuje fychoce – zaczął bełkotać Harry, gdy udało mu się podnieść z podłogi i poczołgał się za drzwi. Po sekundzie zawrócił. – Szszerfffone źwiatło na schodachhh ulissa i fypadek miaem. Oo, ssielonne – „pojechał” znów.
Tym razem też nie za daleko, bo przy moich udach na podłodze zobaczyłam twarz Zayn`a, w którego „wjechał” Harry.
- IIIIIIIIIIIII-JUUUUUUUU, ŁIIIIIIIII-JUUUUU – darł się Styles, froterując włosami korytarz. – Reeeanimajjca! ŁIIIII-JUUUU, ŁIIIII-JUUUUU! – rzucił się na Zayn`a i zaczął robić sztuczne oddychanie.
- MAM MARCHEWKI!!!!!! – spazmował Boo Bear – MAM MARCHEW… Cholera, znów pomarańczowa skarpetka – zrezygnowany ozdobił swoją zdobyczą głowę zgonującej już Sue, po czym ponownie zanurkował pod łóżko.
- Umieram z głodu – wyseplenił Niall pływający w morzu papierków po batonikach. – Masz coś do jedzenia?

-------------------------------------------------------------------------------------------------

No i magiczna bariera 3000 wejść przekroczona. NIESAMOWITE, MASSIVE THANK YOU! :`)

sobota, 28 stycznia 2012

#19 - While we dance in the moonlight

Morze światełek. Morze białych świec, większych i mniejszych. Morze płomieni falujących przy powiewach ciepłego wiatru. Miałam ochotę zatracić się na moment i kontemplować nad pięknem wszystkiego, co ujrzałam. Nad pięknem tego, co przygotował TYLKO DLA MNIE Zayn. Był ciepły lipcowy wieczór, staliśmy na dachu. Tonęłam w oceanie krwistoczerwonych płatków róż, których barwa idealnie komponowała się z porozstawianymi wszędzie świecami. Na środku znajdowała się piękna drewniana altana. Lakierowane drewno oplatały setki sznurów żółtych światełek. Wiatr niósł ze sobą zapach kwiatów i romantyczne melodie wydobywające się z zabytkowego adaptera. Po środku altany stał stół, na którym pięknie eksponowała się biała porcelana z pozłacanymi brzegami. Kryształowe kieliszki odbijały światło wszechobecnych lampek i płomieni, co wyglądem przypominało dwie gwiazdy znudzone lewitowaniem we Wszechświecie, które postanowiły zejść do ludzi. I to niesamowite niebo…  Z reguły zachmurzone i szare, dziś, jakby specjalnie dla nas, rozpędziło wszelkie obłoki, by ukazać swoje skarby. Wszystkie konstelacje i układy zdawały się świecić tak mocno, jak nigdy wcześniej. Była pełnia księżyca. Musiałam wydać z siebie ciche westchnięcie, bo Zayn od razu objął mnie w talii i pewny siebie dodał:
 
- Wiedziałem, że tak niesamowitej dziewczynie spodoba się to miejsce. Nie jest tak piękne, jak Ty, ale stanowi idealne uzupełnienie. – szepnął poetycko, po czym złapał wciąż otumanioną mnie za rękę i pociągnął delikatnie za sobą.
 
Rozglądałam się wokół lekko oszołomiona. Czułam się, jakbym weszła w telewizor podczas oglądania łzawej komedii romantycznej. Albo jakbym była na planie sesji zdjęciowej dla burżuazyjnych magazynów wnętrzarskich reklamujących metr kwadratowy paneli podłogowych za grube tysiące. Zayn zaprowadził mnie do altany. Mój boże, jak tam było pięknie! Dopiero po chwili ujrzałam elegancko ubranego kelnera stojącego za wózkiem kelnerskim, który powitał nas unosząc delikatnie kąciki ust. Jak na dżentelmena przystało mój chłopak odsunął dla mnie krzesło, czekając, aż zasiądę na niesamowicie wygodnej aksamitnej poduszce, po czym sam zajął miejsce przy stole. Kelner przybliżył się, aby zrobić nam drinki.
 
- Pomyślałem, żeby przełamać stereotyp o romantycznych kolacjach ze spaghetti i czerwonym winem i z pomocą Jonathana – skinął głową w stronę kelnera – wymyśliłem, że idealnym dopełnieniem tego wieczoru będzie coś, co oboje bardzo lubimy, czyli…
 
- Kuchnia meksykańska – dokończył z uśmiechem Jonathan. – Nie będziecie musieli się martwić o wciąganie nitek makaronu i chlapanie sosem jak dziecko w brodziku – zażartował. Bardzo dobrze, że nie był typowym sztywnym kelnerem uśmiechającym się tak szeroko jak brytyjski guardian na warcie.
 
- Najwyraźniej miałeś już kontakt z Niall`em – zwróciłam się do Jonathana, co wywołało falę śmiechu.
 
-Owszem, madame, jednak sposób konsumpcji przedstawiony przez pana Horana bardziej przypomina mi scenkę otrzepywania się z błota psa o długiej sierści – odpowiedział, po czym znów zaczęliśmy się śmiać.
 
W tym momencie dwie pyszne margarity powędrowały na stół. Ślinianki zaczęły pracować na widok nadzianego na brzeg kieliszka plasterka cytryny.
 
- Czy dalej już sobie poradzisz? – Jonathan spytał Zayn`a.
 
- Jak najbardziej – odpowiedział, wstając od stołu i klepiąc kelnera po ramieniu. – Jeszcze raz dziękuję za wszystko.
 
- Drobiazg. Życzę smacznego i ucałuj mamę – uśmiechnął się, po czym elegancko pocałował mnie w dłoń i skierował się w stronę wyjścia.
 
- Ucałuj mamę? – spytałam rozbawiona, gdy wesoły kelner zniknął za drzwiami.
 
- Jonathan pracował kiedyś w mojej rodzinnej restauracji. Stąd go znam. Z resztą, mama sama mi go poleciła na dzisiejszy wieczór. Sama rozumiesz, gdybym poprosił o to Niall`a…
 
- Stałaby przed nami rozchichotana kobietka w uniformie z Nando`s serwująca ociekające tłuszczem żeberka i podpieczone kartofelki. Tak, rozumiem. – zaśmiałam się. – Więc, co jemy? – wyrwał się ze mnie malutki Horan.
 
-Ociekające tłuszczem żeberka i podpieczone kartofelki! – zaśmiał się widząc moją skwaszoną minę.
 
Zayn podszedł do wózka kelnerskiego i z wprawą kucharza z „Kuchnia TV” zaczął podnosić klosze ukazując moim oczom (i nozdrzom)  pięknie przyrządzone i nieziemsko pachnące przysmaki.
 
- Życzy sobie pani ceviche skropione limonkowymi łezkami, gorditę – skrzynię meksykańskich skarbów, chimichangę z ciągnącym się serem, cieplutkie bolillos z pikantnym guacamole, czy może quesadillas z nutą oregano? – zachęcał wyszczerzony od ucha do ucha.
 
- Dzięki Ci boże, że Horan zjadł wszystko, co było w lodówce i mam pusty żołądek. – zaśmiałam się.
 
- W takim razie będę musiał mu osobiście podziękować – uśmiechnął się, po czym nałożył na nasze talerze ceviche.
 
Mój niezbyt wyrafinowany, jeżeli chodzi o jedzenie, gust właśnie znalazł się w niebie. Zayn zasiadł naprzeciwko mnie. Spoglądałam na niego nad płomieniem świecy, obejmując kieliszek z margaritą. W mojej głowie rozpoczęła się debata nt. „Jak można być tak szczęśliwym, jak ja w tym momencie?”. Uśmiechałam się mimowolnie patrząc w jego niesamowite czekoladowe oczy, delektując się kolorem skóry i nienaganną jak zawsze fryzurą (męskie włosy – moja słabość). Dreszcze zawitały niczym ksiądz po kolędzie do każdej pojedynczej komórki mojego ciała. Czy może być coś piękniejszego? Zakochany we mnie idol milionów dziewczyn na całym świecie, ulubiona kuchnia, romantyczna randka na dachu… Brzmi tak prosto, a jakie czyni spustoszenie w umyśle. Jakby to powiedział Lou : „simple but effective”.  Tak, te trzy słowa powinny latać nad nami niczym reklama sieci komórkowej, ciągnięta przez awionetkę nad morzem.
 
Teraz wyobraźcie sobie scenę, gdy siedzicie przed telewizorem, kamera pokazuje zakochanych siedzących przy stole, cieszących się swoim towarzystwem, śmiejących się głośno. Kamera powoli odsuwa się, dźwięki cichną, a to, co wcześniej widzieliście, staje się maleńkim punkcikiem na ekranie.
 
***
 
- Mój brzuch zaraz odfrunie razem ze mną hen daleko. – powiedziałam półgłosem, kładąc się na oparciu krzesła i klepiąc ostentacyjnie po brzuchu.
 
- Weź Activię! – zaśmiał się Zayn cytując kolejną kretyńską reklamę telewizyjną, zanim dostał zwiniętą serwetką w twarz.
 
Spędzałam najcudowniejszy wieczór w życiu. Niczym, w porównaniu z tym, było wkradanie się pod napis „Hollywood” z przyjaciółmi. Niczym była kąpiel w blasku księżyca na tajskiej wysepce Phi-Phi. Niczym był widok zorzy polarnej za kołem podbiegunowym. Te białe świece, ocean płatków róż, muzyka, to, co można kupić w pierwszym lepszym sklepie, staje się tak niezwykłe. Co o tym decyduje? Miłość. Miłość jest jak proszek, który dosypujesz do mieszanki i który powoduje, że efekt końcowy jest tak niesamowity. Rozgryzłam tajemnicę. Czuję się jak odkrywca Świętego Graal`a.
Siedzieliśmy w tej magicznej scenerii rozkoszując się smakiem potraw przygotowanych przez Jonathana, cały czas mieliśmy tematy do rozmowy, śmialiśmy się z własnych żartów… Po prostu cieszyliśmy się sobą. Mogłabym tak siedzieć godzinami. Ale każdy wieczór kiedyś się skończy…
Gdy śmialiśmy się z własnego obżarstwa, Zayn wstał nagle, podszedł do mnie, elegancko pomógł wstać i zabrał mnie z altany. Stanął za mną. Poczułam zapach jego perfum i słodki oddech na karku. Odgarnął moje brązowe włosy. Po chwili na mojej szyi zawisł delikatny łańcuszek z białego złota. Spojrzałam w dół. Małe serduszko uśmiechało się do mnie. Wzięłam je w palce. Grawerowana literka „Z” była jedyną rzeczą, którą w tej chwili widziałam. Odwróciłam się w stronę chłopaka. Poczułam smak jego ust, jeszcze bardziej intensywnie, niż kiedykolwiek. Uśmiechnął się.
 
- Uznam to jako podziękowanie. – szepnął. – Idealny pocałunek z idealną dziewczyną w idealnej scenerii – spojrzał w górę. Miliardy gwiazd mrugały do nas, jakby cieszyły się z naszego szczęścia.
 
***
 
-Śpij dobrze – szepnęłam, gdy rozstaliśmy się pod drzwiami mojego domu.
 
-Po tym wieczorze szczerze wątpię w to, czy uda mi się zasnąć.  – odpowiedział zalotnie i pocałował mnie, co sprawiło, że dostałam natychmiastowych palpitacji.
 
Weszłam do środka. Czułam się jak pod wpływem środków uspokajających. Lekko przymrużone oczy, banan na twarzy. Snułam się po podłodze niczym duch po domu w Simsach. Cały czas dotykałam wisiorka, który od dziś będzie nieodłącznym elementem każdego stroju. Wreszcie dotarłam do swojego pokoju. Otworzyłam drzwi. Sue spojrzała na mnie swoimi przerażonymi oczami. Ja spojrzałam na Sue sowimi przerażonymi oczami. CO DO…?!

czwartek, 26 stycznia 2012

#18 - Feel with my hands on your waist

Czułam się jak dziecko na lekcji ruchu drogowego. Prawo, lewo, prawo? Lewo, prawo, lewo? Zawsze miałam z tym problem. Prawa ręka – ta, którą piszę. Cholera, przecież jakby nie patrzył, to dłonie są niby podobne, nie? Więc powinniście zrozumieć, że nie tak łatwo odróżnić prawą stronę od lewej. Mniejsza o kierunki. Rozglądałam się na boki (o, idealne sformułowanie!)  w poszukiwaniu mojego Zayn`a. Czy niespodzianką w jego wykonaniu jest umówić się z dziewczyną i nie przyjść? O, niech on tylko spróbuje, a nigdy więcej nie będę masowała jego przećwiczonych mięśni! Wtem, jakby czytał w myślach i przeraził się moją groźbą, usłyszałam za sobą jego niski głos i poczułam dłonie oplatające mnie w talii. Znał mój słaby punkt.

- Wybacz spóźnienie, nie mogłem znaleźć lusterka w domu. – nawet tak debilne wytłumaczenie w jego ustach brzmiało jak trzepot motylich skrzydeł (jakkolwiek kretyńsko to nie brzmi).  – Mmm, czy ja czuję wanilię? – przysunął się delikatnie do mojego karku.

Hyhyhy, pomyślałam. No, skoro już się spotykam z Zayn`em Malikiem, to popatrzyłam tu i ówdzie, żeby się więcej dowiedzieć, lalala. Tak, „#Zaynfacts” na Twitterze to kopalnia wiedzy! Prawie, jak Wikipedia! Po przeczytaniu setek faktów na temat mojego chłopaka czym prędzej poleciałam na zakupy zaopatrzyć się w waniliową mgiełkę do ciała, różowy lakier do paznokci, Capivit A+E, stanik BEZ push-up (strasznie dziwnie się takie nosi), wybielające paski do zębów i inne duperele. Nauczyłam się nawet przyrządzać samosę! Kicz jak 150, ale jak się chce przypodobać chłopakowi… Dziewczyny powinny to zrozumieć, mam rację?
Gdy odpowiedziałam na pytanie i udało mi się wyplątać z jego objęcia spojrzałam na chłopaka i … mina mi zrzedła (aczkolwiek najpierw na twarzy pojawił się banan, gdy zobaczyłam piękny bukiet zielonych orchidei – moich ulubionych kwiatów).

- Kochany, wiem, ze niespodzianka niespodzianką, ale mogłeś napisać, żebym ubrała się jak człowiek!

Zayn wyglądał tak niesamowicie przystojnie w swoim ciemnofioletowym płaszczu, granatowej koszuli z białym T-shirtem pod spodem, ciemnych dżinsach i brązowych butach, że spokojnie mógłby figurować na łamach czasopism modowych. Zamiast jednak jarać się nim oporowo, spojrzałam na siebie - dziecko wojny w tkanym poncho, grafitowych leginsach i karmelowych Loadsach, które zawsze zakładałam TYLKO I WYŁĄCZNIE do prac ogródkowych (byłam tak podekscytowana, że założyłam pierwsze lepsze buty – jak zwykle trafiłam bezbłędnie, durna baba).
Mimo to Zayn uśmiechnął się tylko, odgarnął włosy, które przyczepiły mi się do ust i powiedział:

- Dla mnie wyglądasz pięknie nawet w swojej piżamie w ciasteczkowe potwory i ze śladem poduszki na policzku.

-Uważaj, żebyś przypadkiem zaraz nie miał śladu dłoni na policzku! – zaśmiałam się. – Więc…. Co to za niespodzianka? – wyrwał się ze mnie głos małej rozemocjonowanej dziewczynki.

-Porywam Cię. – uśmiechnął się tajemniczo, złapał za rękę i pociągnął za sobą.

-Hej, a mogę się chociaż przebrać? ZAYYYYYYYN?!

***

- Nie, żebym się zaraz potknęła i zabiła, czy coś. – powiedziałam z lekką ironią w głosie.

- Nic się nie bój. Nie po to robię biceps i triceps w Sylwestra, żeby się zmarnowały. – wyszczerzył się zapewne, chociaż tego nie widziałam.

Dlaczego nie widziałam? Bo miałam przewiązane oczy. Dlaczego miałam przewiązane oczy? Tego nawet najstarsi górale nie wiedzą. Przecież wystarczyło poprosić, żebym je zamknęła (no dobra, i tak bym podglądała, ale no bez przesady…!).
Gdy awanturowałam się z Zayn`em, tupałam nóżką, strzelałam fochami niczym z karabinu maszynowego i testowałam – tym razem zawodną – minkę kota ze „Shrek`a” prosząc, żebym mogła wrócić i się szybciutko raz-dwa przebrać, chłopak twardo prowadził mnie w stronę bramy wyjściowej z mojej posesji. Dzięki Bogu, ze wychowywał się z trzema siostrami i wyrobił sobie anielską cierpliwość, bo inaczej już dawno porzuciłby mnie głęboko w lesie z kagańcem na twarzy. Modliłam się, żeby paparazzi czyhający od dwóch tygodni pod domem dali sobie spokój i odjechali szpiegować Cher Lloyd wychodzącą z McDonald`s czy Księcia Harry`ego na randce z cioteczną kuzynką prababki ojca Colina Firth`a. Nie chciałabym jutro widzieć w Internecie artykułów pod tytułem: „Zayn Malik odwiedził londyński Ośrodek Pomocy Społecznej”, czy „Wokalista One Direction udziela się charytatywnie”. Mało brakowało, a rzuciłabym się na kolana i zaczęła dziękować Bogu, gdy zamiast śliniących się napaleńców z obiektywami długości teleskopu ujrzałam piękne, błyszczące Audi A6 (co jak co, ale na samochodach to ja się znam) najwyraźniej czekające, by zabrać nas hen daleko. Uprzejmy starszy kierowca otworzył nam drzwi, Zayn puścił mnie przodem i ruszyliśmy. Podróż trwała około 15 minut. Dokładnie przez 15 minut próbowałam wyciągnąć z chłopaka informacje na temat owej niespodzianki. Wychodziłam z siebie tak, jak Sue przed randką z Harrym. Malik doskonale wiedział, że nieświadomość jest moim słabym punktem (patrz: gra w pytania), co jeszcze bardziej go rozśmieszało. Nie pomogły szantaż emocjonalny, łaskotki, próba zniszczenia fryzury – był jak pomnik, nic go nie ruszało. Wreszcie dojechaliśmy na miejsce. Gdy wysiedliśmy z samochodu poczułam się jak we Włoszech. Wąskie uliczki oświetlone przez zawieszone w ogródkach restauracyjnych lampiony, kamienice, uśmiechnięci ludzie, ciepłe powietrze, nastrojowa muzyka i wyśmienite zapachy. Zapomniałam o swoim stroju ogrodowego potworka i zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu restauracji, do której się udamy, gdy nagle coś przesłoniło mi oczy. Owym „czymś” była jedwabna przepaska.
Od tamtej pory prowadził mnie po schodach. Dookoła czuć było… pustkę! Jedynymi towarzyszącymi nam dźwiękami były ucichające akordy gitary jednego z restauracyjnych muzyków i odgłosy naszych butów. Z ciekawością, jak z apetytem – zaostrzała się wraz z wchodzeniem na górę. Zayn nagle poprosił bym się zatrzymała. Stanęłam potulnie wyobrażając sobie wokół siebie ogromne przepaście, w które mogłam w każdej chwili zlecieć, gdy usłyszałam dźwięk przekręcanego w zamku klucza, a moje ciało owionęło ciepłe, letnie powietrze.

-OK, teraz mogę zdjąć Ci opaskę. Jesteś gotowa? – spytał, jakbym miała zamiar startować w wyścigu.

-Zakładam, że tusz do rzęs już odbił się na powiekach, więc tak, jestem gotowa – zaśmiałam się.
Zayn stanął za mną i odwinął opaskę. Moim oczom ukazał się najpiękniejszy w świecie widok.

--------------------------------------------------------------------------------------------
Na prawdę nie wiem, jak opisać moją reakcję, gdy zobaczyłam licznik wejść i te wszystkie miłe komentarze. DZIĘKUJĘ!
Jeżeli chcecie być powiadamiani o nowych rozdziałach na Twitterze, podajcie w komentarzach swoją nazwę, ew. napiszcie o tym na mojego Twittera (link znajdziecie po prawej stronie w zakładce "O mnie") :)

wtorek, 24 stycznia 2012

#17 - Let me take you higher

Czas leczy rany – tak mówią. Powiedzenie, które obiło mi się o uszy wiele razy (zwłaszcza podczas namiętnego oglądania „Mody na sukces” czy przekomicznie poważnych brazylijskich telenoweli) wreszcie miało okazję przedstawić mi się osobiście. Wzięłam je na okres próbny. Sprawdziło się w zaledwie 2 tygodnie. Równo dwa tygodnie. Tyle czasu zajęła organizmom naszych pięknych chłopców regeneracja sił, regeneracja naskórka i cała reszta biologicznych procesów, w które nie zamierzam wnikać i które za pewne nie będą brzmiały apetycznie w porze posiłku.
Powinnam dostać wesołą plakietkę „Mummy Direction”, jak na skautkę przystało! Raz już o tym wspominałam chłopakom – obiecali, że dostanę nawet proporczyk w komplecie! Po tych 14 dniach gotowania, zmieniania opatrunków, wysłuchiwania jęków i stęków, odgłosów pobolewań, skakania wokół Zayn`a i Liam`a mogę śmiało stwierdzić, że kurs przedmacierzyński odbębniony. Jak najbardziej do odfajkowania.

Weszłam do pokoju chłopaków z nowymi bandażami i plastrami. Tak, chłopcy dalej mieszkali w domku na „półwyspie”. Po całej akcji nad Tamizą zostaliby pożarci żywcem przez paparazzi,którzy i tak namierzyli już mój dom i wgniatali się w bramy posesji, by sfotografować chociaż kawałek paznokcia któregoś z chłopaków. Nie chcę o tym wspominać. Powiem tylko, że dwóch byczków siedzi w areszcie, a za miesiąc ma się odbyć rozprawa. To wywarło zbyt duże piętno na nas wszystkich i gdy wydawało się, że będzie można spokojnie zapomnieć, aparat sądowy pękający w szwach od terminów wysłał nam wiadomość z datą i godziną rozprawy. Zdecydowanie bardziej cieszyłabym się z listu zawiadamiającego o błędnych wynikach matury i fakcie, że jednak nie zdałam (odpukać). Tak więc, weszłam do pokoju chłopaków – oczywiście w nieśmiertelnych kapciach-pazurach. Liam spał słodziutko tuląc kaczuszkę (tak, tę, którą konsumował niegdyś Niall). Ułożył się jak 80% ludzkości z jedną nogą nad kołdrą i drugą pod. Chciało mi się śmiać z jego palucha. Był dużo dłuższy od całej reszty i fikuśnie wystawał spod kołdry w stronę sufitu. Raz nawet Styles dorysował mu markerem twarzyczkę i przewiązał sznurkiem a la szalik, co potem wylądowało na Twitterze z nieśmiertelnym dopiskiem „Guess who?”.  Liam odpłacił się wyprostowaniem połowy włosów w trakcie snu, co również poszło w wirtualny świat


Zasłonki przepuszczały niewiele światła, więc w półmroku starałam się wymijać kolorowe bokserki Stylesa uśmiechające się wesoło w moją stronę, paczuszki po Twix`ach (również Hazzy – uwielbiam, jak zjada dwa batoniki na raz, żeby żaden nie czuł się samotny) i całą stertę chusteczek do nosa (Liam chyba oglądał wczoraj „Toy Story”). Reszta chłopców była na zewnątrz. Niall od chwili wypadku był bardzo przeczulony na punkcie tego, żeby Payne i Malik mieli spokój. Ostatnio rzucił się nawet na Harry`ego ze swoją ukochaną gitarą, gdy ten chciał wpakować się goły do Zayn`a. Lou zaczął się wydzierać, że wniesie pozew o rozwód, że tylko on może oglądać pośladki Hazzy, ma to na piśmie i zwoła konferencję prasową w tej sprawie. Horan siedział teraz samotnie na werandzie i obcował ze strunami. Gdy pochylałam się nad szafką nocną, by położyć zestaw młodego medyka, ktoś złapał mnie w talii i poleciałam w tył rozwijając w powietrzu bandaż, który niczym serpentyna oplótł Liam`a. Przez chwilę miałam mini-zawał, by po tym sekundowym locie znaleźć się w objęciach swojego chłopaka. Oplótł mnie mocniej w pasie, przyległ umięśnionym torsem do moich pleców i delikatnie pocałował w kark. Jego oddech przyprawił mnie o kolejny zwał (jestem medyczną zagadką, na to wychodzi), a ciepło jego ciała sprawiło, że przeszły mnie bardzo miłe dreszcze.

- Dzień dobry, piękna! – szepnął dalej całując mnie w kark. To właśnie rekompensata za użeranie się z nimi przez dwa tygodnie.

- You keep making me weak, baby – uśmiechnęłam się cytując „One thing” i równie uprzejmie przywitałam Zayn`a.

Liam nie poruszył się – najwyraźniej bandaż nie jest godzien by go budzić. Gdy już miałam ponieść się romantycznym igraszkom z ukochanym, do pokoju zajrzał Boo Bear. Uwielbiam jego wyczucie czasu. Spojrzał na Payne`a i oczy rozbłysły mu niesamowicie. Wiedziałam, co knuje. WIEDZIAŁAM! Chłopak rzucił się na łóżko naszego Tatuśka i w okamgnieniu zaczął obwiązywać mu twarz bandażem. Lou chyba chciał zobaczyć, jak kretyńsko wyglądał w jednym z ich Video Diary, gdy sam straszył małe dziewczynki z prześcieradłem wokół głowy. Liam jednak nie spał (a to cicha woda, chciał podglądać, co robimy z Zayn`em! Rozgryzłam Cię, Payne!).  Wystawił spod kołdry… marchewkę?! Tak, marchewkę! Zagroził Louisowi, że jeżeli jeszcze raz pogniecie mu pościel, warzywo wyląduje w stercie brudnej bielizny Harry`ego. Tomlinson zaryzykował. Po sekundzie nurkował  już w morzu bokserek, by wyłowić ukochaną przekąskę, a Liam z wyższością uśmiechnął się, poprawił poduszkę i ułożył się wygodnie z rękami pod głową. Gdy Zayn trząsł się ze śmiechu wyzywając Lou od majtków, do pokoju wpadł Hazza (on ma uszy jak radary, bez kitu). Wtedy Boo Bear wynurzył się z marchewką w buzi i różowymi slipkami w choinki na głowie. Był dosyć zaskoczony widokiem przyjaciela, który rekompensował brak koszulki niezawiązanym krawatem. Harry potrząsnął grzywą, stanął przed Louisem i zarzucając na niego krawat przyciągnął do siebie, ruszając przy tym porozumiewawczo brwiami:

- Tomlinson, kocie, moje majtki są wiązane na sznureczek – powiedział uwodzicielskim głosem.

- Mmmm… - zamruczał Boo Bear i rzucił się na Styles`a.

Wszyscy zaczęliśmy tarzać się ze śmiechu. Stylinson baraszkował w morzu bielizny, gdy do pokoju wpadł Horan z gitarą. Już miał zacząć wykrzykiwać swoje irlandzkie powiedzonka, gdy para bokserek wylądowała na główce instrumentu. To rozśmieszyło nas jeszcze bardziej,a biedny Niall stał zdezorientowany po środku tego burdelu i drapał się w głowę mrucząc pod nosem jakieś przekleństwa.


***


- Jak myślisz, czarne rurki, biała tunika z napisem, skórzana kurteczka i czerwone dodatki, czy może lepiej sukienkę w kwiatki, brązowy pasek, koturny? Cholera, a może szorty, zakolanówki, sweter oversized? Niee, lepiej chyba, jak założę dżinsową kurteczkę, sukienkę i sandały… PIERDZIELE, NIE IDĘ. – moja Sue rwała sobie włosy z głowy. – Nie mam co na siebie założyć.

Uwielbiam ten stan, gdy stoisz przed garderobą pełną ciuchów i nie masz żadnej koncepcji na ubranie. Zwłaszcza, gdy idziesz na randkę z Harrym Styles. Dokładnie tak! Nasz Lokowaty zaprosił Sue na kolację. Przyjaciółka wychodziła z siebie we wszystkie możliwe strony. Mieli wybrać się do jednej z lepszych londyńskich restauracji, a mianowicie do L’Atelier de Joël Robuchon. Świece, piękny wystrój, wino, elegancki Harry. Czy można chcieć więcej? Niall doradzał mu w wyborze lokalu, gdyż – jak powszechnie wiadomo – ma doświadczenie z jedzeniem. Zaczął marudzić, że też chce tam pójść,jednak opamiętał się, gdy Harry obiecał mu resztki ze stołu.
Zanurkowałam w garderobie razem z przyjaciółką.

- Ponieważ idziecie do ELEGANCKIEJ, podkreślam, restauracji, wszelkie T-shirty, dżinsy, swetry odpadają. Załóż to. – podałam jej wieszak ze śliczną złotą minisukienką, obszytą subtelnie cekinami, wiązaną z tyłu na kokardkę. Była naprawdę boska. Mieniła się delikatnie w świetle, pięknie eksponowała figurę i podkreślała zgrabne nogi.

Gdy Sue ułożyła włosy i umalowała się, pożyczyłam jej swoją szczęśliwą bransoletkę. Tak, wiem, że to brzmi dziecinnie, ale złoty łańcuszek z przywieszką, którą mialam od dziecka robił z powodzeniem za mój amulet. W momencie, gdy zapięłam biżuterię na jej ręku, zadzwonił dzwonek do drzwi. Uścisnęłam przyjaciółkę i odprowadziłam ją na dół. Harry stał przed drzwiami majstrując przy mankiecie. Na widok Sue uśmiechnął się tak pięknie, jak nigdy.

***

Siedziałam w swoim pokoju. Był już późny wieczór, lampeczki na tarasie paliły się jak zawsze, a ciepłe powietrze wpadało przez otwarte drzwi balkonowe. Kubek z gorącą czekoladą parował na nocnej szafce, MacBook leżał włączony na łóżku, a z wieży płynął łagodny niczym balsam dla duszy głos Ed`a Sheerana. Pełen chillout. Zatopiłam głowę w poduszce i zamknęłam oczy, lecz stan błogiego odpoczynku nie trwał długo.
PIK PIK. – zawołał radośnie mój telefon.

„Spotkajmy się nad jeziorem. Mam dla Ciebie niespodziankę. Zayn xx”

Now you`ve made me weak, baby! – pomyślałam, po czym zarzuciłam na siebie poncho i w podskokach zbiegłam ze schodów.

----------------------------------------------------------------------------------------

Kochani, serdecznie dziękuję za odwiedziny i komentarze. Tak, jak wspominałam wcześniej, bardzo wiele to dla mnie znaczy. <3 xx

niedziela, 22 stycznia 2012

#16 - I wanna save your heart tonight

Blask fleszy. Krzyk. Panika. Krew. Slow motion. Szum w głowie. Światła. Ciemność. Kolejny plusk. Krople wody na twarzy. Przerażenie. Arytmia. Syrena pogotowia. Trzask składanych noszy. Płacz. Głosy jak zza szyby.
W jednej chwili śmialiśmy się wszyscy razem, by po minucie stracić rozum. I przytomność. Czułam się jak w filmie. Stałam w miejscu bez ruchu, podczas gdy dookoła mnie działo się tysiąc rzeczy na sekundę. Świat wirował. Nie kontrolowałam swojego ciała, nie miałam nad nim panowania. Po raz pierwszy mózg nie współpracował z kończynami. Mózg w ogóle nie pracował. Darłam się jak opętana widząc zmasakrowane ciało Zayn`a. Miotało mną jak szatan wiedząc, że wyczerpany Liam zniknął pod taflą wody. Krztusiłam się łzami, zachłystywałam powietrzem, nie mogąc nic zrobić. Louis wskoczył do rzeki ratować przyjaciela. Niall krzyczał do Malika, krzyczał do Boga, prosił , błagał. Ktoś zadzwonił po pogotowie. Sanitariusze jak na skrzydłach zjawili się z noszami, bandażami, stabilizatorami. Harry nie odzywał się. Trzymał mnie, klęczącą na chodniku, patrząc tępo przed siebie. W jego oczach nie było życia. Był jak robot, któremu odłączono zasilanie. W jednej chwili wszystko legło w gruzach. Patrzyłam, jak mój Zayn odjeżdża na noszach. Wyglądał strasznie. Cała twarz we krwi. Podarta koszula, krew na klatce piersiowej. Ból spowodował, że stracił przytomność. Nie było z nim kontaktu. Niall stracił zmysły. Krzyczał, płakał, modlił się jednocześnie. Jego twarz była opuchnięta od łez i czerwona od krwi. Usłyszeliśmy głos Louisa. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki opanowaliśmy się i pobiegliśmy w stronę rzeki. Wszyscy wychyliliśmy się przez murek. Zobaczyłam Liama. Nie wiem, czy oddychał. Nie próbował się wyrywać, nie chłonął powietrza, nie krzyczał. Nie ruszał się. Louis trzymał go jak lalkę. Płakał. Właśnie tak, Payne był teraz marionetką. Jego życie zależało od innych. Policjanci rzucili się na pomoc. To wyglądało jak scena z „Zielonej Mili” – Tomlinson trzymał na rękach nie dającego oznak życia Liama, jak John Coffey trzymał ciała maleńkich dziewczynek…

***

Wydarzenia z dzisiejszego wieczoru przeleciały mi przed oczami niczym film na przewijanej kasecie video. Mijały sekundy, minuty, godziny. Ludzie w szpitalu przewijali się przez poczekalnię, przez korytarze, wszystko się zmieniało. Wszystko, oprócz nas, grupy młodzieży wyglądającej jak z filmu grozy. Nie zmienialiśmy pozycji, nie odzywaliśmy się. Ledwie dało się wychwycić pojedyncze oddechy. Zero życia. Wszelkie procesy w naszych osłabionych organizmach zamarły. Do czasu…
Harry nagle zerwał się z krzesła. Fala jego uderzenia przewróciła mój kubek z kawą. Zimna lura. W tym samym momencie z podłogi poderwał się Lou zostawiając na podłodze koc, a Horan jak na komendę podskoczył na krześle. Tak, jakby ktoś na nowo podłączył ich do prądu. Wybiegli z poczekalni. Nie musieli czekać. Razem z Sue wyleciałyśmy na korytarz. Nie obchodziły mnie reakcje obserwujących nas ludzi. Korytarz był pusty. Cały biały. Jarzeniówki oślepiały nas swoim blaskiem. Dlaczego Harry wystartował z poczekalni? Co było bodźcem mobilizującym go, by przerwać tę monotonię? Wtedy zobaczyłam zarys postaci. Dokładniej, dwóch. Zaczęłam płakać i śmiać się jednocześnie. Moi przyjaciele szli o własnych siłach w naszą stronę! Łzy rozmywały obraz. Chciałam się na nich rzucić, wyściskać, wycałować. Chciałam wykrzyczeć, jak bardzo się bałam. Postacie zbliżały się coraz bardziej. Brudnym rękawem przetarłam oczy. To nie byli chłopcy. Nie, to nie oni. Lekarze. Dwóch młodych lekarzy szło w naszą stronę. Spojrzałam na ich twarze. Poker face. Czy ja jestem w jakimś pierdolonym teatrze?! Czy ja mam zgadywać, jakie wieści niosą? Gramy w kalambury? Znów w ciągu sekundy przewinęły się przez moją głowę słowa nienawiści i wdzięczności do lekarzy. Stanęli naprzeciwko nas. Zapadła grobowa cisza. Jeden z nich odezwał się:

- Zayn i Liam trafili tutaj w stanie krytycznym. Nie mieli szans…

Nie musiałam patrzeć na przyjaciół, by wiedzieć, co działo się w ich głowach. Lou osunął się na podłogę, Niall zaczął płakać, Harry znów patrzył tępo przed siebie. Mój świat legł w gruzach. NASZ świat legł w gruzach.

- Na szczęście jednak mieli wystarczająco siły, by walczyć. Za chwilę będziecie mogli ich odwiedzić. – przez twarz drugiego lekarza przemknął cień uśmiechu.

Zaraz, CO!? Spojrzałam na nich wzrokiem mordercy. Wszyscy jak na komendę wyprostowaliśmy się.

-CO?! – krzyknęłam

-Zayn stracił wiele krwi. Ma złamane 4 żebra, wstrząs mózgu, naruszony rdzeń kręgowy, na szczęście nie w stopniu, który przyczyniłby się do paraliżu czy innych poważnych powikłań. Oprócz tego ma mnóstwo mniejszych obrażeń, jak rozbity łuk brwiowy, złamany nos, podbite oko i rozcięta warga, ale wyjdzie z tego – lekarz uśmiechnął się.

- A co z Liamem? Jak on się czuje? – Harry powrócił do nas z dalekich zakamarków swojego mózgu.

- Liam był wyczerpany. Gdyby nie nagłe wykorzystanie wszelkich pokładów energii w nim drzemiących, spokojnie wypłynąłby sam na powierzchnię. Wstrząs termiczny i wyczerpanie przyczyniły się do tego, że jego płuca nie chciały współpracować. Gdyby któryś z Was, chłopcy, rzucił się na pomoc chwilę później, prawdopodobnie stracilibyśmy go. Nie przejawiał oznak życia z prostego powodu – woda zablokowała jego drogi oddechowe. To standardowy skutek utonięcia. Na szczęście po kilku procedurach medycznych udało nam się przywrócić mu procesy oddechowe.

Przez korytarz przepłynęła fala odetchnięcia. Pstryk i z wraków ludzi zmieniliśmy się w pełnych życia nastolatków. Rzuciliśmy się sobie w ramiona. Wszyscy skoczyliśmy na Lou. Był naszym bohaterem! Uratował Liama! Krzyczeliśmy, jak bardzo go kochamy. Nigdy nie kochałam nikogo bardziej, niż Tomlinsona w tym momencie. Dzięki niemu rozjaśniło się światełko w tunelu niepewności. Dzięki niemu wyszliśmy z tego tunelu.
Lekarze patrzyli na nas uśmiechając się do siebie.

- Na razie podejdźcie do szyby na końcu korytarza. Zobaczycie przyjaciół. Byli w bardzo złym stanie, ich organizmy były wyczerpane, więc podaliśmy im środki nasenne, by mogli zregenerować siły. Za jakąś godzinę będziecie mogli do nich wejść. – powiedział jeden z nich.

Wszyscy spojrzeliśmy na lekarzy. Każdy z nas miał łzy wzruszenia w oczach. Byliśmy niesamowicie szczęśliwi. Wyszeptaliśmy tylko „dziękuję” – nie było nas stać na nic więcej. Medycy skinęli głową i poszli przed siebie. My z kolei rzuciliśmy się pędem przez korytarz. Biegliśmy do przyjaciół.

-------------------------------------------------------------------------------------------

Tradycyjnie chciałabym niesamowicie podziękować za wszelkie odwiedziny i bardzo miłe komentarze. Bez tego nie miałabym dla kogo pisać. Cieszę się, że trafiłam na tak niesamowitych ludzi i piszę to prosto od serca. DZIĘKUJĘ! :)
Fani One Direction, na prawdę jesteśmy jak jedna wielka rodzina. To cudowne uczucie :)
Zachęcam do komentowania, bo przydadzą mi się wasze opinie, a nawet propozycje odnośnie kolejnych rozdziałów :)
I małe sprostowanie - nie miałam zamiaru uśmiercać chłopaków. O czym bym wtedy pisała? :D I tak, wiem, że wczorajszy "rozdział" był krótki. Dlatego nadałam mu numer "15,5". Miał być wprowadzeniem do rozdziału 16.
JESZCZE RAZ ZA WSZYSTKO DZIĘKUJĘ! <3 xx

sobota, 21 stycznia 2012

#15,5 - Time escapes me

Głos prezenterki telewizyjnej odbijał się echem w mojej głowie powodując falę niezrozumiałego bełkotu. Szum fleszy nie chciał dać mi spokoju. Siedziałam w poczekalni kurczowo ściskając styropianowy kubek ozdobiony śladami wbijanych w niego paznokci. Tworzyły jakiś chaotyczny wzorek. Chaos. To jedyne słowo które opisuje to, co działo się wewnątrz mnie. I na zewnątrz szpitala. Gorąco kawy przenikające przez ścianki kubeczka parzyło mnie niemiłosiernie. Zdawałam się jednak tego nie czuć. Siedziałam otoczona wszechobecną bielą i wyblakłą miętową zielenią na plastikowym krześle. Rozmyty tusz do rzęs zastygł na moich policzkach tworząc finezyjne meandry. Łzy ścigały się ze sobą jak krople deszczu na szybie samochodu. Właściwie dały już sobie spokój. Limit osiągnięty. Patrzyłam się tępo w blat stołu, okruszki po szarlotce, którą jakieś szczęśliwe dziecko zapewne wcinało tu przed naszym przybyciem. Kołtuny na włosach, przemoczone ubranie, ubłocone buty. Podniosłam wzrok i zobaczyłam Harry`ego – moje lustrzane odbicie. Podpierał głowę rękami. Jedna z nich była w gipsie – złamał nadgarstek upadając. Obok niego Niall w zakrwawionym T-shircie, zaschniętą krwią na rękach i na policzku. Sue otoczyła kolana dłońmi i zwinęła się na fotelu. Fioletowe siniaki pod oczami kontrastowały z niemal przezroczystą skórą. I Lou. Mokre włosy zlepione błotem, mokre ubrania, mokre buty. Siedział skulony na podłodze pod ścianą, owinięty kocem. Nikt się nie odzywał. Nikt nie reagował. Nikt nie przejawiał jakichkolwiek oznak życia. Nie wiem, ile czasu minęło, ile czasu siedzimy bezczynnie strasząc przechodzących ludzi, sanitariuszy i pielęgniarzy. Nie wiem, ile czasu jeszcze będziemy tu siedzieć. Nie wiem, czy Zayn i Liam.... Po prostu nie wiem...

piątek, 20 stycznia 2012

#15 - No, you just like to know you can

-TERAZ MOJA KOLEJ!!! – Harry darł się jak oparzony.

-Tłumoku, przejechaliśmy dopiero za bramę! Prowadzę jakieś… pół minuty? – Lou powoli tracił cierpliwość.

-Chyba chciałeś powiedzieć „tłumiku”! Własnych myśli nie słyszę przez ten silnik. Stary rzęch. A jak ktoś mi przerywa kontemplowanie nad istotą ziemniaka we wszechświecie, to….  – Horan nadąsany odwrócił się ostentacyjnie w stronę szyby niby to podziwiając niesamowite okazy drzew iglastych. 

Wtem dostał w głowę siatką po ziemniakach. Co to w ogóle robiło w samochodzie chłopaków?

-UUUUUUUUUUUU, HORNY HORAN! HORNY HORAN! (ang. horny – napalony).  – spazmował na fotelu Hazza. – A nie, myślałem, że to stringi. – dodał zawiedziony, gdy „zauważył”, co założył na głowę blondynowi.

Poprawiłam się wygodnie na fotelu wtulając się w tors Zayn`a. Nieźle się zaczyna – pomyślałam. Wybieraliśmy się wszyscy na miasto. Po drobnym incydencie z moim tatą i półnagim Styles`em stwierdziliśmy, że jak najszybciej opuścimy mój dom i wybierzemy się na zwiedzanie Londynu. Tak jest, LONDON, BABY! Owszem, Sue została obudzona przez Harry`ego, jednak niekoniecznie w sposób, jaki wymarzył sobie Lokowaty. Do tej pory nie wyjawił nam, dlaczego wrócił bez koszulki. Szczerze mówiąc, wolałam w to nie wnikać. Chłopcy opowiedzieli mi o malutkim zboczeniu ich przyjaciela (tzn. opowiedzieli tyle, ile udało im się wyseplenić przez zasłaniane ogromną dłonią usta. W akcie desperacji Harry użył też swoich stóp – do tej pory ma ślady zębów na paluchu.)

No tak, oczywiście szybciutkie umykanie z domu zajęło nam trochę czasu. Trochę DUŻO czasu. Zgadza się, jest wieczór. Zanim wyszliśmy musiałam przygotować Niall`owi śniadanie, bo mało brakowało, a by się biedaczek pochorował z głodu (no tak, w końcu nie jadł nic od 2 godzin – jak tak żyć?!). W lodówce nie było jajek, więc Harry zaoferował się, aby pójść do kurnika po świeże. Rozumiem, że pierwsze, co robi po przebudzeniu to prędziutko, nie zważając na swoje odzienie (lub też jego brak) leci do przydomowego kurnika po świeżą dostawę jajek. Jakież było zdziwienie, gdy odkrył, że u nas jednak nie ma kur. Zaszył się w kącie próbując przetrawić tę druzgocącą wiadomość.
Gdy jednego miałam już z głowy, musiałam uważać, żeby nie przewrócić się o Boo Bear`a udającego dywan, a uwierzcie, że gdy rozłoży te swoje kończyny wygląda jak ośmiornica (tak, próbuje też „opatulać” wszystko, co napotka na swojej drodze – w ten sposób straciłam kapcia). Przedzierając się pomiędzy licznymi odnóżami Lou latałam po kuchni szukając aspiryny dla Liama – biedaczek miał już dość. Mało brakowało, a podałabym mu antydeperesanty. Zapomniałam jednak o jego łyżeczkowej fobii i doprowadziłam go do stanu agonalnego podając w szklance z wodą łyżeczkę do rozdrobnienia proszku. Mieszanka wybuchowa wylądowała na siedzącym obok Zayn`ie, który widząc siebie mokrego musiał lecieć do domku układać nieskazitelną fryzurę (swoją drogą, Zayn, jeżeli to czytasz, serdecznie dziękuję za pomoc przy chłopakach </3). ISTNE ZOO. Dzięki Bogu, że Sue jakoś opanowała sytuację, bo inaczej sama usiadłabym z Liamem i razem wpatrywalibyśmy się w pustą ścianę tępym wzrokiem. Chciałam napisać, dzięki Bogu, że mama Sue urodziła jej młodszych braci i przyjaciółka miała wprawę w opiekowaniu się… DZIEĆMI (jak dla mnie to pierwszy i jedyny plus posiadania młodszego rodzeństwa).

No ale mniejsza. Żeby opisać to, co działo się w moim domu, najlepiej byłoby ściągnąć ekipę programu „Śmiechu warte”, bo to był istny Sajgon. Burdel na kółkach.

W każdym bądź razie gdy wszystkich udało się przywołać do porządku (i do samochodu, co też wymagało cierpliwości), zapakowaliśmy się do czerwonego minibusa Lou i pędziliśmy przed siebie. Brakowało tylko wiatru we włosach. Hazza też to zauważył i wystawiał wyszczerzoną twarz przez okno niczym spragniony powietrza pies. Dziwię się, że policzki mu się jeszcze nie porozciągały, ale w każdym bądź razie mamy wytłumaczenie jego wielkich dziurek w nosie, hell yea!

- Piękne panie, właśnie pędzimy moim czerwonym rydwanem przez Tower  Bridge – ogłosił z manierą przewodnika Niall, który najwyraźniej zapomniał o ziemniakach i powrócił do naszego świata. – ŁOMAMUSIU, TAM JEST NANDO`S!!!! – złapał się za głowę i przejmując ruchy Styles`a zaczął spazmować na fotelu. – Mój brzunio czuje się taki opuszczony…

- E, młody! Po pierwsze, to jest MÓJ czerwony rydwan – zaczął wyliczać Lou. – Po drugie, to nie jest rydwan! Po trzecie, nie jest czerwony. – facet jak facet, o autko musi dbać.

-JUHU! Invisible Machine! – jarał się Harry, wielki fan komiksów o superbohaterach.

Nagle samochód gwałtownie skręcił co znów spowodowało, że zaczęliśmy dyskutować o tym, jak bardzo niewidomy był człowiek wręczający Tomlinsonowi prawo jazdy. Jak na potwierdzenie naszych słów auto szarpnęło, wszyscy polecieliśmy do przodu i rozpłaszczyliśmy się na obiektach przed nami. Współczuję Niall`owi. Guza ma wielkości piłki do golfa, aczkolwiek on sam woli wersję, że ma guza wielkości jajka (głodnemu jajo na myśli). Po wielu niecenzurowanych wypowiedziach pod adresem naszego kierowcy poodklejaliśmy się od szyb i foteli, wyplątaliśmy z pasów i z uczuciem jak po 8-godzinnej podróży rozprostowaliśmy nogi. Widok był…. No, co tu dużo mówić. Rekompensował w 100% spotkanie pierwszego stopnia z zagłówkiem fotela. Byłam oczarowana. Tower Bridge, po którym przejeżdżaliśmy był pięknie oświetlony, delikatnie odbijał się w tafli Tamizy. Pomimo gwaru ulicy i odgłosów tętniącego życiem miasta wydawało się tu być cicho i spokojnie. Ludzie spacerowali wzdłuż rzeki uśmiechając się, dzieciaki biegały z watą cukrową (zupełnie jakbym widziała miniaturki Niall`a), London Eye działało pełną parą i pięknie prezentowało swe kapsuły na tle zachmurzonego nieba. Widok był niesamowity! Jak widać nie trzeba stać na szczycie Mount Everest, żeby widoki zapierały dech w piersiach. Zayn złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.

-To jak, dziewczyny? Najpierw spacer nad brzegiem Tamizy, czy przejażdżka Okiem Londynu?

-WA-TA-CUKROWA! W A-TA-CUKROWA! – skandował Horan! A to mi niespodzianka.

-Dostaniesz WA-TĄ-CUKORWĄ! WA-TĄ-CUKROWĄ! – przedrzeźniał go Harry, za co został odznaczony klapsem od Loiusa (ten to tylko o jednym).

-O nienienie, nikt umorusany watą cukrową nie wsiądzie do mojego samochodu. A watę to Ci mogę w tyłek wsadzić. – zapowiedział. Zupełnie jak na wycieczkach autokarowych! I mówiłam, że Boo Bear tylko o jednym? Mówiłam!

-Może po prostu najpierw kupimy bilety i czekając na następną rundę pospacerujemy nad Tamizą? – zaproponował Liam. – I wilk syty i owca cała.

-Skarbeńku, zawsze wiedziałem, że jesteś inteligentny, ale że aż tak? Buzi buzi! – rzucił się na niego Harry.
 
-A KUPICIE MI WATĘ?!

***

- ONE DIRECTION! AAAAAA!!!!! HARRYNIALLZAYNLIAMLOU!!!! AUTOGRAF! ZDJĘCIE! PODPIS! OBEJMIJ! PREZENTY! ŁAMANE STOŁY! – to tylko poszczególne słowa, które udało mi się wyłapać z pisków i krzyków fanek chłopaków.

Stałyśmy z Sue z boku patrząc, jak nasi nowi przyjaciele zasypywani są karteluszkami, biletami, PIERSIAMI do podpisu. Dziewczyny wystawiające biust jako notes (falujący notes, podkreślam)  zapewne miały wobec ich inne plany, ale chłopcy dzielnie dawali sobie radę nawet z tak ciężkimi przypadkami – a niektóre przypadki były naprawdę…. kaliber E i F, nieźle. O ile dobrze widziałam, to któraś dała im do podpisu… podpaskę?! Mój boże, tyle drzew się na papier marnuje, efekt cieplarniany, SMOLEŃSK, w Afryce głodują, a te dają do podpisu wkładki higieniczne. BITCH, please. Tak sobie radzili ludzie za czasów PRL-u! A to o Polakach mówi się, że są 100 lat za Murzynami.

Teraz przemyślenia z serii „Carol i jej przemyślenia” – jakże poetycka nazwa. Wcześniej w sumie nie myślałam o tym, że gdy wyjdziemy razem na miasto chłopcy zostaną oblężeni przez fanki rzucające się jak wszy na kundla. Oni są tak normalnymi nastolatkami, ze będąc w ich otoczeniu, z dala od czerwonych dywanów i błysku fleszy zapomina się, że jest się w towarzystwie światowych gwiazd! I to powód #284723470 przemawiający za tym, jacy są niesamowici (owszem, studiowałam wszystkie zdjęcia i opisy na tumblr i weheartit – takie małe zboczenie). Ledwie się obejrzałam, a już biegłyśmy z Sue ciągnięte przez chłopaków za ręce uciekając przed kolejną falą dostających palpitacji na widok guzika od płaszcza fanek.

-TURBOPRZYSPIESZENIE, BRUUUUUUUM! – darł się wniebogłosy Hazza prując chodnikiem. Za nim dreptał Niall wydający z siebie ciche „Pyrpyrpyr” – chyba udawał, że jedzie Maluchem.

Chłopcy zmęczeni jazdą zaparkowali swoje zadki na ławce stojącej nieopodal krzaczka. Jego Anielska Cierpliwość Liam najchętniej zapadł by się pod ziemię. Udał się samotnie w stronę bujnej roślinności, skąd nagle wyskoczyły niczym Filip z konopii dwie pary słodziutkich zakochanych – łysy byczek ze swoją żabcią i łysy byczek vol. 2 ze swoją żabcią vol. 2. Różnorodność świata coraz bardziej mnie zaskakuje. Żabcie natychmiast skoczyły do naszego Daddy Direction popiskując cichutko jak prosiaczki w chlewie i płaszcząc się, by pan Payne zaszczycił swoją twarzą ich zdjęcie. Liam zgodził się oczywiście, jak na dżentelmena przystało. Objął dziewczyny w talii, jedna z nich różowym aparatem zrobiła gronofocię z rąsi, spojrzała na wyświetlacz, stwierdziła, iż wyszła mało korzystnie i już nie pytając Liama o zgodę wtuliła się w jego tors robiąc kaczy dzióbek (czy ja przyjechałam na wieś, że wszędzie widzę zwierzęta?). Wtedy jednak jeden z łysych byczków stracił cierpliwość i poprawną (według niego) angielszczyzną zaczął przystawiać się do Payne`a, uruchamiając przy tym tryb „mam pachy poniesione, bo pomyliłem lakier do włosów z dezodorantem”.

- Ty, paniusia, lepiej odsuń się od naszych dup, bo więcej swojej buziuchny w lustereczku nie zobaczysz – pluł i seplenił byczek.

Reszta chłopców słysząc to, od razu poderwała się z ławki i ruszyła w stronę awanturników, zostawiając nas same z dala od skinhead`ów.

Liam próbował reprezentować stronę dyplomatyczną, jednak najwyraźniej jego słowa brzmiały zbyt mądrze i nie docierały do łysych. Gdy ci zaczęli przystawiać się coraz bardziej do chłopaka, do akcji wkroczył Zayn. Słyszałam, że wywalono go z dwóch szkół za bicie się i teraz miałam okazję przekonać się, że lepiej z nim nie zadzierać. Mój chłopak rzucił się na jednego z atakujących z pięściami urządzając nam darmowy pokaz kick-boxingu. Nikt z nas się tego nie spodziewał. Wtedy rozpętało się piekło. Poderwałam się z ławki i zaczęłam biec w stronę Zayn`a łudząc się, ze uda mi się go odciągnąć od pijanego mężczyzny. Ten jednak był 3 razy szerszy i z łatwością przygniótł Malika do chodnika. Lou złapał mnie w ostatniej chwili. Darłam się jak opętana. Grubas boksował mojego chłopaka bezlitośnie. Harry rzucił się na jego plecy i zaczął podduszać byczka. Ten zrzucił go jedną ręką na ziemię nie przestając maltretować Zayna. Widziałam, jak uderza go pięścią w brzuch, w szczękę. To było straszne. Próbowałam wyrwać się Louisowi, jednak jego żelazny uścisk był nie do przejścia. Wtedy w Liamie coś pękło. Zerwał z wizerunkiem grzecznego chłopca i rzucił się na pomoc przyjacielowi. Zaczął okładać łysego po żebrach, kopać go w brzuch i podduszać. Nie wiem nawet, kiedy pojawili się paparazzi. Liam z obłędem w oczach okładał grubasa przygniatającego zakrwawionego i nieprzytomnego już Zayna. Dziewczyny wrzeszczały, ja miotałam się w objęciach Louisa, Sue stała oniemiała nie wierząc w to, co widzi. Payne odkrył w sobie potężne pokłady siły. W tym momencie nie miał sobie równych. Udało mu się zrzucić łysego z przyjaciela, ten upadł wyczerpany na chodnik. Niall rzucił się do Zayna, zaczął nim potrząsać, płakać, prosić, ten jednak nie odpowiadał. Patrzyłam na scenę rodem z kryminału. I wtedy stało się coś jeszcze gorszego. Do gry włączył się drugi byczek. Wydawał się być jeszcze potężniejszy od swojego kolegi. Dorwał Liama, ledwie przytomnego z wysiłku. Był łatwym celem. Podniósł go do góry za kołnierz. Wszyscy zamarliśmy. Usłyszeliśmy plusk. Payne zniknął pod taflą Tamizy.