poniedziałek, 13 lutego 2012

NOMINACJE.




KOCHANI,
właśnie zostałam poinformowana, że ten oto blog został nominowany na stronie http://onedirection-awards.blog.onet.pl/ do nagrody w aż 4 kategoriach, a mianowicie:

NAJLEPIEJ WYKREOWANA POSTAĆ ZAYN`A.

NAJLEPSZY OPIS RANDKI.

NAJLEPSZA KOMEDIA.

NAJLEPIEJ WYKREOWANA POSTAĆ ŻEŃSKA.

Do tej pory osuszam biurko i klawiaturę z rozlanej kawy. To jest coś niesamowitego, biorąc pod uwagę, że prowadzę bloga od niecałego miesiąca! I to wszystko dzięki Wam - najlepszym czytelnikom pod Słońcem! :)

Sama nominacja jest dla mnie niesamowitym powodem do radości, więc wolę nie myśleć, co stałoby się ze mną, gdyby nie daj boże mój blog zwyciężył w którejś kategorii.
Dlatego też zachęcam do głosowania i PO RAZ 18638875 DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKIE WEJŚCIA I POZYTYWNE KOMENTARZE NA TEMAT MOJEJ WESOŁEJ TWÓRCZOŚCI, BO NIE SĄDZIŁAM, ŻE one-love-one-direction BĘDZIE SIĘ TAK ROZWIJAĆ...

Głosować możecie tutaj  wystarczy kliknąć w kategorię, w której mnie nominowano i oddać głos na "one-love-one-direction". :)
http://onedirection-awards.blog.onet.pl/

                                   D Z I Ę K U J Ę  <333

xx

niedziela, 12 lutego 2012

#22 - And I won't be leaving 'til I've finished stealing every piece of your heart

CO DO CHOLERY?!

Zastanawiałam się, kiedy podbiegł do mnie ten tajemniczy ktoś, który założył mi na nos okulary z przerobionym w Photoshop`ie wizerunkiem mojego chłopaka całującego tę…. dziewczynę (żeby nikogo nie urazić). Aż z tego wszystkiego dotknęłam twarzy, chcąc zdjąć owe patrzałki, ale moja dłoń nie napotkała niczego oprócz standardowych wytworów Pan Boga, czyli nosa, uszu i oczu.

Widziałam go. Widziałam ich. Nagle obraz się rozmył, a po policzkach zaczęły ściekać łzy. Szybko odwróciłam się, chcąc uciec jak najdalej, jednak moja chwilowa ślepota została przypieczętowana uderzeniem w reflektor, który przewrócił się z hukiem. Narobiłam więcej hałasu, niż słoń w składzie porcelany. Ba, byłam co najmniej jak 10 słoni, 3 żyrafy, dwa żubry, mała myszka z orkiestrą symfoniczną i kotecek z zespołem heavy-metalowym w składzie porcelany.
 Mama zawsze powtarzała, że to, co się zepsuje, trzeba natychmiast naprawić lub posprzątać, ale stwierdziłam, że głupio by wyglądało, gdybym nagle spojrzała w stronę Zayn`a i tej lafiryndy mówiąc:
„Spoko spoko, nie przeszkadzajcie sobie! Tak, kobieto, dalej wpychaj język do buzi mojemu chłopakowi. Nic się nie dzieje. Uprzątnę tylko to złomowisko metalu i już mnie nie ma. Dziękuję za chęć pomocy, ale dam sobie radę, bawcie się dobrze.”. Ha! To rzeczywiście byłoby kretyńskie. Dlatego też zaczęłam biec przed siebie. Usłyszałam tylko głośne męskie: „Carol!”, które poniosło się echem po tafli jeziora, ale ja już pędziłam między drzewami, starając się omijać wystające spod ziemi niczym ręce umarłych korzenie i przeskakując ponad pojedynczymi kablami wijącymi się po ziemi. Już wolałabym skakać w worku na ziemniaki – chciałam tylko coś widzieć. Nieustanne wycieranie łez rękawem nie przynosiło rezultatów (nie licząc tego, że przy następnym praniu mogłam zaoszczędzić wodę, piorąc tylko korpus swetra i jeden rękaw). Po raz pierwszy mój mózg nie zafundował mi pokazu slajdów. Biegłam przed siebie. Gdyby ktoś mnie widział, krzyczałby pewnie „Run, Forrest, run!”.
Skupiłam się tylko na tym, żeby wbiec do domu i zatrzasnąć za sobą drzwi, odcinając się w ten sposób od świata. Chciałam spokojnie usiąść i popłakać, ale nie było mi to dane. Cały czas słyszałam za sobą jakieś odgłosy. To na pewno Zayn gonił mnie, żeby zacząć maltretować moje uszy nieśmiertelnym „To nie tak, jak myślisz!”, ale nie odwracałam się. Mimo wszystko moja twarz po sekundzie zaczęła pełnić rolę łopaty, gdyż runęłam jak długa, zahaczając o milimetrowej szerokości kabelek rozpięty między dwoma wozami. Wyczuwam nowe wpisy do CV, milordzie! „Człowiek łopata”. Prawie jak jakiś superbohater z amerykańskiej fabryki filmów klasy C. Teraz byłam cała w ziemi i wyglądałam zapewne jak dziecko ufajdane czekoladą (TYLKO czekoladą, świntuszki). Głosy, które słyszałam w trakcie gonitwy były coraz bliżej. Dlaczego czułam się, jakbym uciekała przed seryjnym mordercą? Wczołgałam się pod wóz transmisyjny i przeturlałam na jego drugą stronę.
Panie i panowie! Przed państwem Carol Anabelle Howard jako Tom Cruise w filmie „Mission Idiotical”!
Nie miałam już siły biec. Oparłam się zrezygnowana o samochód. Siedząc po poślady w błocie próbowałam uspokoić oddech.
Zayn już tu był. Usłyszałam go. Kątem oka zobaczyłam cień po swojej lewej stronie. Z niechceniem podniosłam głowę. I wtedy..

ŁODEFAK?!?!!? COOOOOO?! WEŹCIE MNIE WALNIJCIE MŁOTKIEM W ŁEB, WTEDY WYJDĘ Z SIEBIE, STANĘ OBOK I ZNÓW WYDJĘ Z SIEBIE,  I ZNÓW STANĘ OBOK… NO TO JEST, KURNA, POEZJA!

Nie, obok mnie nie stał Zayn Javaad Malik! Obok mnie stał, a właściwie siedział…

NO JA PIERDZIELĘ, CO TO JEST?!

Po mojej lewej stronie, jak w mordę strzelił, przebrany w strój króliczka Playboy`a, na rowerku Jigsaw`a z „Piły” siedział Jaś Fasola, który do kierownicy miał przyczepiony balonik z wizerunkiem brata Hannah Montany!

Oczy miałam większe niż Liam, gdy obserwował łyżkę. Co u dia…

-ŁOJESUSMARIA! – wykrzyknęłam nagle, gdy poczułam coś na swoim ciele.

-AAAAAAAAAAAAAAA!!!! – wydarł się ktoś, kto po chwili wylądował na podłodze przykryty kocem.

-AAAAAAAAAAAAAAA!!!! – wydarła się Sue, plując pasą do zębów na wszystko i wszystkich.

-AAAAAAAAAAAAAAA!!!! – wydarł się Harry Styles, który najwyraźniej nie wiedział, o co chodzi, bo siedział na tronie w łazience.

-AAAAAAAAAAAAAAA!!! – wrzasnął Louis, gdy usłyszał krzyk swego lubego.

-Co się… gdzie ja…?! – rozglądałam się gorączkowo na boki, by zauważyć, że jestem… W SWOIM POKOJU?! NA SWOIM ŁÓŻKU?!

Pacnęłam się w łeb. Double Jesus Facepalm. Sieroto, to był sen! Obudziłaś się! Czy już kiedyś wspominałam, że nie cierpię swojej wyobraźni? Jest zbyt… realistyczna (gdyby pominąć ten fakt z wizerunkiem brata Montany na baloniku).

- ROBAK WSZEDŁ CI PRZEZ UCHO, ŻEBY WSZCZEPIĆ DO TWOJEGO MÓZGU MIKROCZIP, DZIĘKI KTÓREMU BĘDĄ STEROWAĆ TOBĄ WSZYSTKIE FRYTKI ŚWIATA?! GIGANTYCZNY KUBEK SKAKAŁ ZA TOBĄ PO POLU PIANEK W MUSZTARDZIE I CHCIAŁ CIĘ ZŁAPAĆ NA LASSO Z LUDZKIEJ STONOGI?! ETUI OD PIÓRA PRZEOBRAZIŁO SIĘ W NISZCZARKĘ I ZACZĘŁO GONIĆ TWOJE KAPCIE WOKÓŁ TESCO?!  – darł się Harry wymachując na prawo i lewo szczotką do szorowania muszli klozetowej.

Zignorowałam go i rzuciłam się przez łóżko, by wydobyć przykrytego kocem niczym kromka chleba serem, jak się okazało, Zayn`a.

- Nie wiedziałem, że do przykrywania kogoś kocem trzeba będzie znać sztuki walki – uśmiechnął się, poprawiając swoją sześciocentymetrową grzywę niemal z namaszczeniem. – Dobrze, że nie wyskoczyłaś mi tak, jak Cię niosłem po schodach! – wyszczerzył się.

-Musiałam taszczyć wszystkie torby z zakupami sama. Wiesz, ile tego było? – z buzi Sue dalej wydobywały się kropelki piany pachnącej miętą.

- Hola hola! – wykrzyknął Niall. – A kto wziął reklamówkę z bułkami? Z DWUDZIESTOMA BUŁKAMI?! Masz pojęcie, jak powgniatały się opuszki moich palców? Chcesz płacić odszkodowanie?!


Co za banda debili…

***

- Iiiii….. CIĘCIE! – krzyknął reżyser.

-Ouch, dzięki Bogu, Michael, bo już mnie głowa rozbolała od tej muzyki. Co to w ogóle za kocie melodie? – powiedział głosem pani z domu uciech, robiąc pozycję na tzw. czajnik, Lou.

-Misiaczku, to właśnie była Twoja solówka. – zgasił go Michel, po czym zaczął bić brawo, gdyż plan teledysku mógł zostać oficjalnie zamknięty. Po lesie i okolicach rozniosła się fala oklasków, ekipa śmiała się i klaskała, a chłopcy zaczęli tańczyć w rytmie „Danza Kuduro”, choć wyglądali jak wróżki wokół magicznego kociołka.
Wstałyśmy z Sue z reżyserskich krzesełek (tak, tych „szmacianych” z danymi gwiazdy na oparciu) i dołączyłyśmy do tej wesołej gromadki, by po chwili razem z dźwiękowcami, oświetleniowcami i wszystkimi innymi ważnymi ludźmi pląsać do hitu Don Omara. Wyglądaliśmy prawie jak ekipa „Camp Rock”!

Chłopcy łaskawie pozwolili nam przyjść i podziwiać ich ciężką pracę. Właściwie to nie mieli wyboru, gdyż razem z Sue postanowiłyśmy być jak te „strong independent women” z piosenek popularnych girlsbandów i nie dałyśmy się stłamsić ich argumentom. I dzięki Bogu, bo to, w czym mogłam brać udział (mimo, ze siedziałyśmy za plecami grubego spoconego operatora kamery), było niesamowitą atrakcją – taką, o której będzie się opowiadało wnukom, bujając się przy kominku na fotelu i sprawdzając, czy nie przepuściło się oczka podczas robienia gryzącego sweterka na drutach).
W ogóle, jakby nie patrzył, te wakacje były NAJWIĘKSZĄ PRZYGODĄ ŻYCIA. Minął już miesiąc! To niesamowite, jak w dobrym towarzystwie czas szybko leci. Chciałam się tym nacieszyć, jednak Michael sprawił, że mój świat (chwilowo) legł w gruzach.


- Chlopcy, to była świetna robota! Pamiętajcie, żeby ogłosić datę premiery teledysku do „I want” pojutrze, na koncercie w Paryżu! A potem w Lizbonie, Rzymie, Ankarze…. – mógłby tak wymienia bez końca, gdyby nie zobaczył min moich i Sue. – Eeeee, a, to dziewczyny jeszcze nie…. Aha…. Yyyy… MOJA KOMPANIO, ZBIERAMY SIĘ! – krzyknął zmieszany do ekipy i wszyscy nagle w okamgnieniu ulotnili się w stronę swoich pojazdów.

Chłopcy stali przed nami w rzędzie, drapiąc się niepewnie w nażelowane fryzury, Liam kopnął niewidzialny kamyk, Lou spojrzał na niby to lecącego ptaka, a Harry odchrząknął, i zaczął mówić:

- No więc…. Jedziemy w trasę. Po Europie i okolicach. Za dwa dni…

-SŁUCHAM?! – wykrzyknęłyśmy jak jeden mąż. – Jak to „za dwa dni”? Haroldzie, co Ty sobie wyobrażasz?! – Sue lubiła doprowadzać go do porządku matczynym tonem.

- To nie jego wina. – zaczął Niall. – Czekaliśmy na odpowiedni moment. Michael wszystko schrzanił.

- Kiedy zamierzaliście nam powiedzieć? – spytałam. Nagle poczułam się cholernie smutna. Dotarło do mnie, że to koniec. Koniec mnie i Zayn`a. Koniec Sue i Hazzy. Koniec. The End. Fin.

- Chcieliśmy wyciągnąć Was dzisiaj za miasto. Przez nas musiałyście siedzieć bez końca w domu, zmarnowałyście sobie wakacje… - Lou próbował nam wytłumaczyć, jednak mój mózg był jak baba w urzędzie. Odrzucał wszystkie podania i przekazy.

- Zmarnowaliście nam wakacje? Czy Ty słyszysz sam siebie!? Jesteśmy jak jedne na milion! Na miliard! Nie dość, że poznałyśmy Was nie tylko, jako zespół, a jako normalnych chłopaków,  nie dość, że się zaprzyjaźniliśmy, to jeszcze… znalazłyśmy miłość. – nic więcej nie powiedziałam, chociaż byłam gotowa wygłosić przemowę świata. Oczy zaszły mi łzami.

Zayn podbiegł do mnie i mocno przytulił. Oparłam głowę na jego ramieniu. Czułam, jak delikatnie gładzi mnie po głowie. Chciało mi się płakać jeszcze bardziej. Chciał mnie tak zostawić?

- Chcecie nas tak zostawić? – Sue chlipająca w objęciach Stylesa zadała pytanie, które przed sekundą pojawiło się w mojej głowie.  – Zostawić jak dwie marchewki na polu, które tylko będą czekały, aż uschną i zamienią się w suche wióry?

- Marcheweczki, nie płaczcie, bo i ja mam łzy w oczach. – Tomlinson podleciał do nas, zagarnął mnie z Zayn`em i Sue z Harrym do siebie (ma naprawdę długie ręce). Po chwili Liam, ocierając policzki podskoczył i również nas objął.

-HORAN HUG! – wykrzyknął Niall, który najwyraźniej nie zrozumiał powagi sytuacji i wskoczył na plecy Boo Bear`a. Przeważył nas i wszyscy runęliśmy na trawę. – Ha! Potrafię zdziałać cuda. – odrzekł absolutnie nieskromnie, gdy zobaczył uśmiechy na twarzy mojej i przyjaciółki.

Uśmiechnęłam się delikatnie i spojrzałam na swojego chłopaka. Otarł z mojego policzka ostatnią łezkę i pocałował mnie w czoło.

- Oczywiście głuptasy, że Was nie zostawimy! – Liam podniósł się i otrzepał tyłek z trawy, po czym zajrzał do wewnętrznej kieszeni marynarki. – Czymże byłaby trasa koncertowa bez naszych wybawicielek? – puścił oczko, po czym z kieszonki wyciągnął dwie koperty. – Jedziecie z nami!

- Nie macie pojęcia, w co się pakujecie. - szepnął mi łobuzersko do ucha Zayn.



-----------------------------------------------------------------------------------------------

Kochani, po raz kolejny przepraszam, że musiałam was trzymać w niepewności przez tak długi czas, ale jak wspomniałam przy poprzednim rozdziale - szkoła nie daje mi czasu na bycie szaloną blogerką Directionerką :P Mimo wszystko w każdej wolnej chwili staram się coś napisać :)
W tej chwili mojego bloga odwiedziło 5676 osób. To na prawdę niesamowite i za to właśnie chcę Wam wszystkim ogromnie podziękować! <333
Czekam na komentarze i opinie! :)
xx

sobota, 4 lutego 2012

#21 - From the moment I met you everything changed


ŁUP.

Dwa kubki herbaty z sokiem malinowym i cytryną wylądowały przed Hazzą i Sue.

BUM.

Szklanka soku marchewkowego stanęła na wprost Louisa.

PLUM.

Kilka łezek kropli żołądkowych wylądowało na łyżeczce z cukrem trzymanej przez Nialla. (jakim cudem cukier się ostał?!)

PSSSSSSSSSS.

Mierzyłam wzrokiem rozpuszczającą się w wodzie tabletkę aspiryny.
Harry spróbował podnieść się po zbawienny napój, lecz głowa zwyciężyła. Jak znokautowany, z głośnym postękiwaniem, powrócił do pozycji, w której tkwił już od godziny, a mianowicie do pozycji skarpety rozłożonej na kanapie.

- Kac morderca nie ma serca –wyszeptał, teatralnie opierając dłoń na czole.

- Ciesz się, że przynajmniej jeden z Was ma siłę zapierdzielać niczym Struś Pędziwiatr, żeby Wasze główki nie eksplodowały. – wysyczałam, obserwując niesamowicie intrygujące bąbelki w szklance z wodą, które oplatały zanurzoną w niej łyżeczkę.

Zaraz chyba opatulę tak Stylesa. 

Garniturem pogrzebowym.

- Ta łyżka na mnie paczy. Co ona paczy? – Liam z oczami jak spodeczki wpatrywał się w obiekt otoczony szklanymi ściankami naczynia.

-BUŁEEEEEEE – Niall przybliżył się do Payne`a, dotykając jego twarzy końcem swojej łyżki. Po sekundzie było słychać tylko pisk, tupot bosych stóp na panelach i trzask zamykanych drzwi. Wymachujący rękami w obłędzie fan „Toy Story” wyglądał jak tancerz waka-waka.

***

Następnego dnia.

Wczoraj wszyscy byliśmy nie do życia. Gdy kroczyłam po domu szlakiem papierków po cukierkach, które pochłonął Niall, Harry, któremu udało się podnieść z kanapy, przyszedł przepraszać mnie po raz 29427318 za fakt, że butelki z barku na niego „paczały”. W sumie się nie dziwię – przystojny jak młody bóg, elegancki, potrząsający seksownie nienaganną fryzurą i ze śliczną Sue u boku. Każdy by się patrzył! Ostatecznie przekonał mnie faktem, że akurat dzisiaj są imieniny babci siostry mamy jego kolegi z zajęć polo sprzed 3 lat. Wyobrażacie sobie naszego Harry`ego z kijem a la wielki młotek mówiącego: „Siedzę na koniu”?! Mój mózg nie wytrzymał tego widoku. I dlatego właśnie czym prędzej przyjęłam przeprosiny, odkupiłam winy i wystawiłam go za drzwi domu, by wreszcie poszedł się umyć. Z jego pięknych loczków można było wycisnąć oleju dla całego plemienia w Afryce.  Lou z Niall`em pochłonęli ciasto marchewkowe, które Styles zawinął z restauracji w haftowanej chusteczce do nosa(chłopców nie obchodził jej stan), po czym również ulotnili się w kierunku domku na „półwyspie” (podobno Liam zgubił szorty, gdy uciekał przed łyżeczkowym mordercą – Horan stał przed oknem i wymachiwał nimi niczym skarpeta na wietrze na lotnisku. Ciekawe…). Zayn bardzo ociągał się z wyjściem. Dzięki Bogu, że nie miał skarpetek z ABS-em i udało mi się go przesunąć po podłodze w stronę drzwi wyjściowych. Gdy stanął na werandzie  z zamkniętymi oczami i dzióbeczkiem wystawionym w moją stronę, odbył pierwszy w życiu pocałunek z szybą w drzwiach. Westchnęłam ciężko, wręcz ostentacyjnie podrapałam się po głowie i ruszyłam do swojego pokoju. Tam rzuciłam się na łóżko obok śpiącej Sue i zapadłam w objęcia Morfeusza.

Dzisiejszy dzień zapowiadał się ciekawie. Chłopcy mieli kręcić teledysk! Zupełnie zapomniałam, po co tu przyjechali i co właściwie robią na moim terenie (czuję się, jak Tarzan – moja ziemia, moje królestwo.  Śmieszne…). I oto nadszedł wreszcie ten dzień, gdy rabatki w ogrodzie rozjechały wozy ze sprzętem, po ziemi niczym glizdy wypłukane z gleby deszczówką plątały się kable, a mnóstwo zupełnie obcych mi ludzi maszerowało w tą i z powrotem niczym zombie z mózgami nastawionymi na jedno zadanie. Siedziałyśmy z Sue z kubkami gorącej czekolady na tarasie. Udając Królową Elżbietę spoglądającą z balkonu Buckingham Palace, przyglądałam się tuzinom gorączkujących się ludzi. Ciężko mi było powstrzymać śmiech, gdy jakaś mała kobitka obładowana dziesiątkami ubrań nagle runęła jak długa prosto na figurkę flaminga, dekorując jego głowę kraciastymi bokserkami. Dodatkowo jakiś starszy pan wdepnął w błoto i zrobił szybki szpagat a la John Travolta w „Gorączce Sobotniej Nocy” przypieczętowany dziurą na tyłku (mówiąc kolokwialnie, z ziemią na pośladkach wyglądał, jakby nie doleciał do toalety, ale no już nie bądźmy tacy nieuprzejmi – gość w dom, i te sprawy). Sue od razu przypomniała się sytuacja z przedszkola, gdy nasz przyjaciel – Bart, zapragnął iść do łazienki. Podreptał do pani, mówiąc:

-Plosę pani, musę kupkę.

- No to chodź – nauczycielka podaje mu rękę. Dwa kroki dalej:

-Plosę pani, zrobiłem kupkę.

Tak się zapowietrzyłyśmy, że leżałyśmy na plecach i śmiałyśmy się bezgłośnie, rzucając się na ławce jak ryba na pokładzie. Piękne czasy…
Ale wracając do tematu… Chłopcy nie pozwolili nam wejść na plan! Tłumaczyłyśmy, że nie zaczniemy tam odtańcowywać  cancana jak w Rosyjskim Balecie czy wyskakiwać nagle z debilną miną przed kamerę (jak miał we krwi Lou) bawiąc się w strzyżenie włosów przy pomocy słynnego „klapsa” z numerem ujęcia, ale to i tak nie przekonało One Direction, żebyśmy mogły z Sue przycupnąć gdzieś z boku i podziwiać, jak sami prężą swe ciała, mając przy tym ubaw po pachy. Dobrze, zrozumiałam (i dałam Zayn`owi do zrozumienia), że w takim razie nasze twarze nie nadają się do pokazywania w innej rubryce telewizyjnej niż „Horrory w środowe wieczory”, po czym strzelając focha #483 z przytupem, obrotem, melodyjką ,groźbą nie zrobienia nic więcej do jedzenia Niall`owi, wyrzucenia na śmietnik marchewek znajdujących się w lodówce, potłuczenia wszystkich luster w okolicy, obłożenia Liama w nocy kołdrą z łyżek i wsadzeniu wszystkich brytyjskich kotów do klatki dla chomika, poszłyśmy jak jeden mąż do domu i obserwowałyśmy ludzi na podwórku z tarasu.
Chłopcy oczywiście wytłumaczyli nam, dlaczego nie możemy być z nimi na planie. Chcą dla nas zrobić niespodziankę, bla bla bla, sranie w banie. Nie powiedzieli nawet, do jakiej piosenki mają nakręcić klip! W tym wypadku od razu uruchomiłam wszelakie portale plotkarskie, ale każda Directionerka z „potwierdzonych źródeł” podawała inny tytuł. Zayn, obejmując mnie w talii i rozpylając wokół swój cudowny zapach „Unforgivable by Sean John” dał mi do zrozumienia, że tym teledyskiem chcą podziękować nam za gościnę, opiekę po bijatyce, towarzystwo i… miłość. Zabrzmiało tak banalnie, ale poczyniło nie lada spustoszenie w mojej głowie. A to dlatego, że mówił prawdę.
Kochałam go. Naprawdę go kochałam. Był dla mnie wszystkim. Tak, mam dopiero 18 lat. Owszem, nie znam życia, ale byłam tego pewna.
Miałam wcześniej chłopaka. Byliśmy razem 1,5 roku. Myślałam, że byłam zakochana w James`ie. Myślałam, że zrobiłabym dla niego wszystko. Potem okazało się, że byłam przykrywką. Obiekt moich westchnień miał…. chłopaka. Super, prawda? Poczułam się jak ostatni babochłop. Bardzo cierpiałam. W lustrze widziałam potwora – jakby moje odbicie przedstawiało najgorszy koszmar senny. Miałam depresję, moje przedramiona stały się dla żyletek tym, czym kartka dla ołówka. Dzięki Bogu miałam pod dachem mamę-psychologa i mogłam się spokojnie wygadać i odbyć swego rodzaju terapię. Skupiłam się wtedy na egzaminach końcowych, zdałam je celująco i wyjechałam na wakacje do Londynu. Tu spełniły się wszystkie moje najskrytsze marzenia.

Odkąd usłyszałam przed dwoma laty o One Direction, cały mój świat zmienił się. To brzmi tak absurdalnie, że ktoś, kto nie zna tego zespołu, może zaśmiać mi się w twarz i wysłać do Tworków. Nie ma w tym nic dziwnego. Ale One Direction naprawdę może zmienić życie! Zawsze byłam uśmiechnięta i optymistycznie nastawiona do wszystkiego, ale z chwilą usłyszenia ich piosenek mój świat zaczął wydawać się piękniejszy. Poznałam wielu niesamowitych ludzi, na których 1D podziałało tak samo. Chłopcy ujęli mnie tym, że z każdą piosenką trafiają do ludzi. Poznałam wiele dziewczyn, które cierpiały na silne depresje, miały za sobą próby samobójcze, nie mogły utożsamić się z własnym ciałem. One Direction podziałało na nie jak najsilniejsze lekarstwo. Te dziewczyny odkryły na nowo piękne strony życia. Czy to nie brzmi niesamowicie? Tych pięciu, z pozoru zwykłych, chłopaków uczyniło więcej dobrego, niż niektórzy światowi przywódcy. Urzekła mnie w nich…. normalność! Zachowywali się jak zwykli koledzy z sąsiedztwa (aczkolwiek nie wiedziałam, gdzie takie sąsiedztwa się, do cholery, znajdują). Wtedy zaczęłam też mieć swojego młodzieżowego idola – Zayn`a Malika. Przeczytałam o nim wszystko, co było dostępne w Internecie. Zauroczył mnie jego cudowny głos, długie rzęsy, kolor skóry i ten szczery, wesoły uśmiech. Zaprzątał moje myśli dniami i nocami, co z początku wydawało mi się bardzo psychiczne. I nie mogłam nic na to poradzić! Zapragnęłam go poznać. Brzmi bardzo fanowsko, ale miałam cel ociupinkę inny, niż reszta Directionerek. Chciałam go poznać i uświadomić sobie, że on wcale NIE JEST taki cudowny, jak mi się wydaje! Chciałam go poznać i uświadomić sobie, że jest tylko kolejnym pustym produktem fabryki szołbiznesu, że jest jak carte blanche. A wszystko po to, żeby zniknął z moich myśli i pozwolił mi cieszyć się ostatnimi chwilami bycia nastolatką. Dopięłam swego – poznałam go. I zakochałam się jeszcze bardziej. Teraz byłam pewna swojego uczucia. Zapragnęłam być  z nim na zawsze. Nie myślałam o tym, że niedługo będę musiała wracać w swoje rodzinne strony i nasz związek się rozpadnie. Wiedziałam, że powinnam cieszyć się chwilą. Dlatego też uszanowałam ich decyzję o niepodglądaniu planu filmowego i całe popołudnie spędziłyśmy z Sue na zakupach na prestiżowej Oxford Street. Zakupowe szaleństwo i szał ciał w najmodniejszych butikach, później ploteczki w Milkshake City (popijałyśmy oczywiście 1D Shake, a jak. – swoją drogą to niesamowita mieszanka Daim, ciasteczek Jammy Dodgers, gumy balonowej i MNÓSTWA czekolady, uczta dla zmysłów, mniam.). Na nasze szczęście okulary przeciwsłoneczne sprytnie ukryły nasze twarze i nie dopadły nas żadne psychofanki próbujące otumanić nas kapciem i porwać dla okupu, by poznać chłopaków. Chociaż z każdego regału w kiosku czy sklepie muzycznym spoglądały na nas twarze tych wesołków, udało nam się spędzić pierwszy dzień naszej londyńskiej przygody tylko we dwie – to był typowy nudny dla mężczyzn babski  wypad na miasto.

***

Zapadł już zmierzch, gdy mój naprawiony Mini Cooper przekroczył bramę posesji. Chociaż noc była jeszcze młoda, Sue zdecydowała, że pójdzie leczyć odciski wywołane przez pierwsze noszenie turkusowych botków Jerffrey`a Campbella i zafunduje im zbawienną kąpiel z pianą o zapachu zielonej herbaty i nektaru brzoskwiniowego. Obładowana torbami (mogła teraz robić za reklamę wszystkich słynnych domów mody) pożegnała się ze mną i przeciskając się ledwie w labiryncie kabli i różnorakich pojazdów powędrowała w stronę domu. Ja miałam ochotę przejść się na pomost. Ekipa produkcyjna rozjechała się do swoich domów, tabliczka „Wstęp wzbroniony” nie przykuła mojej uwagi, więc stwierdziłam, że nie będę nikomu przeszkadzać swoją obecnością. Z resztą co to ma być? Miałabym się kryć we własnym ogrodzie? Wolne żarty. Tym chętniej ruszyłam w stronę jeziora. Dalej napawałam się widokiem cudów natury, które mój tata zagarnął jednym pociągnięciem karty kredytowej. To był naprawdę śliczny wieczór. Nie chciało mi się wierzyć, że Londyn kojarzy się tylko z szarym jak dupa (i peerelowski papier toaletowy) niebem. W miarę, gdy zbliżałam się do pomostu, do moich uszu zaczęła napływać muzyka. Usłyszałam głos. Poszłam za nim jak myszka Jerry kuszona zapachem sera. Głos stawał się coraz głośniejszy. Schowałam się za drzewem na polance, którą oświetlały liczne jeszcze reflektory. To był głos mojego chłopaka. Śpiewał właśnie wers, który zawsze przyprawiał mnie o dreszcze:

„As we lay on the ground I put my arms around you”.

Wtedy go zobaczyłam. Stał bokiem do mnie, pod sznurem lampionów. Wyglądał jak zawsze nieziemsko. Jego głos wędrował po wszystkich komórkach mojego ciała. A potem zobaczyłam ją. Oparta o drzewo przyciągnęła go do siebie, łapiąc za koszulę. Wtedy ich usta stworzyły jedność…

----------------------------------------------------------------------------------------

Nie wierzę! Od ostatniego wpisu, który zamieściłam w zeszłym tygodniu, bloga odwiedziło ponad 1300 osób! To jest jak spełnienie marzeń. BARDZO DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKIE ODWIEDZINY I PRZEMIŁE KOMENTARZE! Oto kolejny dowód na to, że #PolishDirectioners są najlepsze:) <333
Dodatkowo chciałam przeprosić za to, że zaburzyłam rutynę dodawania wpisów, ale ten pierwszy po feriach tydzień był bardzo pracowity i nie miałam wyboru - musiałam się pilnie uczyć ;) Mimo wszystko zaglądajcie tu codziennie, bo bardzo możliwe, że będę miała czas pisać nowe rozdziały.
Jeszcze raz z głębi serca dziękuję Wam wszystkim razem i każdemu z osobna! <333
+ KEEP CALM AND WAIT FOR "UP ALL NIGHT" IN POLAND ON MONDAY! :D
xx

niedziela, 29 stycznia 2012

#20 - Cause we got the floor now

Imiona i nazwisko: Susanne Amelia Carter.

Wiek: 18 lat, 3 miesiące, 12 dni.

Znamy się od:  14 lat, 10 miesięcy i 6 dni.

Razem : Od pierwszej grupy przedszkola.
Razem wymiotowałyśmy na karuzeli, razem chorowałyśmy na ospę, świnkę i różyczkę, razem jeździłyśmy plastikowym traktorem po rabatkach w ogrodzie udając kombajn,  razem rysowałyśmy kredą kucyki na chodnikach, razem błagałyśmy panią w świetlicy, żeby puściła nas same do domu, bo chciałyśmy obejrzeć na nowe odcinki „Mody na sukces”, razem przemycałyśmy do domu małe kotki, żeby chować je w pudełkach po płatkach śniadaniowych, razem próbowałyśmy nawiązać połączenie z kosmosem przez antenki w beretach, razem wjeżdżałyśmy wózkami sklepowymi w regały, żeby sprawdzić, czy to nie ukryty peron 9 ¾, razem rozbijałyśmy filiżanki, żeby z uszek po nich zrobić uchwyty do plastikowych torebek.
Zawsze i wszędzie razem.
Sue znała mnie, jak nikt inny. W niektórych przypadkach  znała mnie lepiej, niż ja sama. Byłam dla niej jak otwarta księga. To ten niesamowity rodzaj przyjaźni, gdy druga osoba jest idealnym uzupełnieniem Ciebie. Jak dwie siły – yin i yang, które się uzupełniają wzajemnie. Wiedziała o mnie wszystko, znała każdą moją słabość, każdy strach, każde dziwactwo. Po prostu wszystko.

Wiedziała, że tego nienawidzę! WIEDZIAŁA! I co? I nic z tym nie zrobiła! 14 lat, 10 miesięcy i 6 dni znajomości szlag trafił.
Wiem, że przesadzam (taka natura ludzka, człowiek urodził się słaby). Za bardzo mnie poniosło. No ale gdybyście zobaczyli to, co ja, po powrocie do domu, zrozumielibyście mnie doskonale. Jedyną rzeczą, której nienawidziłam (oprócz cynamonu, golfów, przepełnionej zmywarki i zielonego pulowerka w renifery  Annie Misney), było grzebanie w moich rzeczach. Czułam się wtedy, jakby ktoś naruszał moją strefę intymną. Jakby najzwyczajniej w świecie zdarł ze mnie ubranie, zrobił zdjęcie i wrzucił do Internetu. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie (i oburzenie!), gdy otworzyłam drzwi pokoju i ujrzałam:

1. Sue nawaloną w trzy dupy z poszewką po MOJEJ poduszce na głowie i MOIM prześcieradłem a la majtki wojownika sumo leżącą na MOIM białym płaszczyku udając, że robi orła w śniegu.

2. Gołego jak święty turecki Stylesa z krawatem wokół czoła, obwieszonym po całości MOJĄ biżuterią z plecami wymalowanymi w jakieś hieroglify MOIMI szminkami, który pindrzył się przed toaletką szorując pośladami po MOIM fotelu. (on był nawalony w cztery dupy, jak nic!)

3. Niall`a ufajdanego od stóp do głów okruszkami po MOICH słodyczach z MOJEJ sekretnej szuflady, obklejonego całego gumą do żucia i zdjęciami MOJEJ babci wyciągniętymi z MOJEGO albumu, siedzącego  na parapecie i próbującego grać na gitarze trzymanej do góry nogami nad głową.

4. Lou zgonującego pod MOIM łóżkiem w spodniach zrobionych z kartek wydartych z MOICH numerów Vogue i spiętych MOIMI wsuwkami oraz w kapciach zrobionych z MOICH ukochanych misiów przywiązanych do stóp MOIMI jedwabnymi apaszkami

No myślałam, że ocipieję, wyjdę z siebie i stanę obok. Takie małe 3 w 1.

- CO TU SIĘ DO CHOLERY DZIEJE?!

Zwłoki Lou leżącego pod łóżkiem podskoczyły nagle i wydały z siebie głośne „Auuuu!”, gdy przywalił głową w drewniany stelaż. Sue przestała machać rękami robiąc orła na moim płaszczu i patrzyła na mnie oczami okrągłymi jak spodeczki od filiżanek, robiąc przy tym minę, jakby piła coś przez słomkę – niewidzialną słomkę.

- Hułeochłe, Tom! – wybełkotał w moją stronę nawalony Hazza. – Dzieeeenky boku, że juuusz jesteście, bo ja siem tutej szykujem naaaa pianino knocert bende leżał na pianinach yyyy no i Barbra Sztrajsant dlategoooo biżuteria na nodze u kostkiiii. Ładne mam plecyccy Twoja szmiiiiiiiiiinka mam na głowie bandnadarz może byyyyyyyyyyć? – po czym zaliczył glebę próbując przejść nad nogami Sue, żeby do mnie dojść. Zaczął robić coś w stylu tańca z klipu LMFAO „I`m sexy and I know it”, ale wychodziło mu to co najmniej… no, nie wychodziło. Wyglądał jak pozbawiona wody flądra na dnie łodzi.

- JE-ZUS-MAR-IA – wysylabizowałam usuwając się na podłogę pod ścianą i chowając głowę w dłoniach.
- Fzie fupiłas fe fiastka? Fą fiesamofite! I fa fekolada. Mój bofe… - rozpływał się Horan, próbując wyrazić podziw nad moimi ciastkami, parskając okruchami na prawo i lewo. – Fafciu, fcesz froche? – zapytał zdjęć z podobizną mojej babci przysuwając do jej twarzy kawałek ciastka.
- Nigdzie nie ma marchewek. Co to za dom, żeby nie mieć pola marchewek? Co to za łóżko, żeby pod nim nie było pola marchewek? Co to za wykładzina, żeby nie było pola… - rozpaczał Lou.
-One, two, three, flick. – zanucił Liam wparowując do mojego pokoju krokiem tanecznym a la starożytny Egipt wymachując marynarką nad głową. – One, two, three… O, cześć Carol! – spojrzał na mnie, wyszczerzył się i odpajacował dalej. – One, two, three, filck!
-Och, Toooom, szszy fygloooondam pianino bo ja już muuuuszem iść koncerty pokasssywadź i plecyy mogom być dobsze? Z-zienkuje fychoce – zaczął bełkotać Harry, gdy udało mu się podnieść z podłogi i poczołgał się za drzwi. Po sekundzie zawrócił. – Szszerfffone źwiatło na schodachhh ulissa i fypadek miaem. Oo, ssielonne – „pojechał” znów.
Tym razem też nie za daleko, bo przy moich udach na podłodze zobaczyłam twarz Zayn`a, w którego „wjechał” Harry.
- IIIIIIIIIIIII-JUUUUUUUU, ŁIIIIIIIII-JUUUUU – darł się Styles, froterując włosami korytarz. – Reeeanimajjca! ŁIIIII-JUUUU, ŁIIIII-JUUUUU! – rzucił się na Zayn`a i zaczął robić sztuczne oddychanie.
- MAM MARCHEWKI!!!!!! – spazmował Boo Bear – MAM MARCHEW… Cholera, znów pomarańczowa skarpetka – zrezygnowany ozdobił swoją zdobyczą głowę zgonującej już Sue, po czym ponownie zanurkował pod łóżko.
- Umieram z głodu – wyseplenił Niall pływający w morzu papierków po batonikach. – Masz coś do jedzenia?

-------------------------------------------------------------------------------------------------

No i magiczna bariera 3000 wejść przekroczona. NIESAMOWITE, MASSIVE THANK YOU! :`)

sobota, 28 stycznia 2012

#19 - While we dance in the moonlight

Morze światełek. Morze białych świec, większych i mniejszych. Morze płomieni falujących przy powiewach ciepłego wiatru. Miałam ochotę zatracić się na moment i kontemplować nad pięknem wszystkiego, co ujrzałam. Nad pięknem tego, co przygotował TYLKO DLA MNIE Zayn. Był ciepły lipcowy wieczór, staliśmy na dachu. Tonęłam w oceanie krwistoczerwonych płatków róż, których barwa idealnie komponowała się z porozstawianymi wszędzie świecami. Na środku znajdowała się piękna drewniana altana. Lakierowane drewno oplatały setki sznurów żółtych światełek. Wiatr niósł ze sobą zapach kwiatów i romantyczne melodie wydobywające się z zabytkowego adaptera. Po środku altany stał stół, na którym pięknie eksponowała się biała porcelana z pozłacanymi brzegami. Kryształowe kieliszki odbijały światło wszechobecnych lampek i płomieni, co wyglądem przypominało dwie gwiazdy znudzone lewitowaniem we Wszechświecie, które postanowiły zejść do ludzi. I to niesamowite niebo…  Z reguły zachmurzone i szare, dziś, jakby specjalnie dla nas, rozpędziło wszelkie obłoki, by ukazać swoje skarby. Wszystkie konstelacje i układy zdawały się świecić tak mocno, jak nigdy wcześniej. Była pełnia księżyca. Musiałam wydać z siebie ciche westchnięcie, bo Zayn od razu objął mnie w talii i pewny siebie dodał:
 
- Wiedziałem, że tak niesamowitej dziewczynie spodoba się to miejsce. Nie jest tak piękne, jak Ty, ale stanowi idealne uzupełnienie. – szepnął poetycko, po czym złapał wciąż otumanioną mnie za rękę i pociągnął delikatnie za sobą.
 
Rozglądałam się wokół lekko oszołomiona. Czułam się, jakbym weszła w telewizor podczas oglądania łzawej komedii romantycznej. Albo jakbym była na planie sesji zdjęciowej dla burżuazyjnych magazynów wnętrzarskich reklamujących metr kwadratowy paneli podłogowych za grube tysiące. Zayn zaprowadził mnie do altany. Mój boże, jak tam było pięknie! Dopiero po chwili ujrzałam elegancko ubranego kelnera stojącego za wózkiem kelnerskim, który powitał nas unosząc delikatnie kąciki ust. Jak na dżentelmena przystało mój chłopak odsunął dla mnie krzesło, czekając, aż zasiądę na niesamowicie wygodnej aksamitnej poduszce, po czym sam zajął miejsce przy stole. Kelner przybliżył się, aby zrobić nam drinki.
 
- Pomyślałem, żeby przełamać stereotyp o romantycznych kolacjach ze spaghetti i czerwonym winem i z pomocą Jonathana – skinął głową w stronę kelnera – wymyśliłem, że idealnym dopełnieniem tego wieczoru będzie coś, co oboje bardzo lubimy, czyli…
 
- Kuchnia meksykańska – dokończył z uśmiechem Jonathan. – Nie będziecie musieli się martwić o wciąganie nitek makaronu i chlapanie sosem jak dziecko w brodziku – zażartował. Bardzo dobrze, że nie był typowym sztywnym kelnerem uśmiechającym się tak szeroko jak brytyjski guardian na warcie.
 
- Najwyraźniej miałeś już kontakt z Niall`em – zwróciłam się do Jonathana, co wywołało falę śmiechu.
 
-Owszem, madame, jednak sposób konsumpcji przedstawiony przez pana Horana bardziej przypomina mi scenkę otrzepywania się z błota psa o długiej sierści – odpowiedział, po czym znów zaczęliśmy się śmiać.
 
W tym momencie dwie pyszne margarity powędrowały na stół. Ślinianki zaczęły pracować na widok nadzianego na brzeg kieliszka plasterka cytryny.
 
- Czy dalej już sobie poradzisz? – Jonathan spytał Zayn`a.
 
- Jak najbardziej – odpowiedział, wstając od stołu i klepiąc kelnera po ramieniu. – Jeszcze raz dziękuję za wszystko.
 
- Drobiazg. Życzę smacznego i ucałuj mamę – uśmiechnął się, po czym elegancko pocałował mnie w dłoń i skierował się w stronę wyjścia.
 
- Ucałuj mamę? – spytałam rozbawiona, gdy wesoły kelner zniknął za drzwiami.
 
- Jonathan pracował kiedyś w mojej rodzinnej restauracji. Stąd go znam. Z resztą, mama sama mi go poleciła na dzisiejszy wieczór. Sama rozumiesz, gdybym poprosił o to Niall`a…
 
- Stałaby przed nami rozchichotana kobietka w uniformie z Nando`s serwująca ociekające tłuszczem żeberka i podpieczone kartofelki. Tak, rozumiem. – zaśmiałam się. – Więc, co jemy? – wyrwał się ze mnie malutki Horan.
 
-Ociekające tłuszczem żeberka i podpieczone kartofelki! – zaśmiał się widząc moją skwaszoną minę.
 
Zayn podszedł do wózka kelnerskiego i z wprawą kucharza z „Kuchnia TV” zaczął podnosić klosze ukazując moim oczom (i nozdrzom)  pięknie przyrządzone i nieziemsko pachnące przysmaki.
 
- Życzy sobie pani ceviche skropione limonkowymi łezkami, gorditę – skrzynię meksykańskich skarbów, chimichangę z ciągnącym się serem, cieplutkie bolillos z pikantnym guacamole, czy może quesadillas z nutą oregano? – zachęcał wyszczerzony od ucha do ucha.
 
- Dzięki Ci boże, że Horan zjadł wszystko, co było w lodówce i mam pusty żołądek. – zaśmiałam się.
 
- W takim razie będę musiał mu osobiście podziękować – uśmiechnął się, po czym nałożył na nasze talerze ceviche.
 
Mój niezbyt wyrafinowany, jeżeli chodzi o jedzenie, gust właśnie znalazł się w niebie. Zayn zasiadł naprzeciwko mnie. Spoglądałam na niego nad płomieniem świecy, obejmując kieliszek z margaritą. W mojej głowie rozpoczęła się debata nt. „Jak można być tak szczęśliwym, jak ja w tym momencie?”. Uśmiechałam się mimowolnie patrząc w jego niesamowite czekoladowe oczy, delektując się kolorem skóry i nienaganną jak zawsze fryzurą (męskie włosy – moja słabość). Dreszcze zawitały niczym ksiądz po kolędzie do każdej pojedynczej komórki mojego ciała. Czy może być coś piękniejszego? Zakochany we mnie idol milionów dziewczyn na całym świecie, ulubiona kuchnia, romantyczna randka na dachu… Brzmi tak prosto, a jakie czyni spustoszenie w umyśle. Jakby to powiedział Lou : „simple but effective”.  Tak, te trzy słowa powinny latać nad nami niczym reklama sieci komórkowej, ciągnięta przez awionetkę nad morzem.
 
Teraz wyobraźcie sobie scenę, gdy siedzicie przed telewizorem, kamera pokazuje zakochanych siedzących przy stole, cieszących się swoim towarzystwem, śmiejących się głośno. Kamera powoli odsuwa się, dźwięki cichną, a to, co wcześniej widzieliście, staje się maleńkim punkcikiem na ekranie.
 
***
 
- Mój brzuch zaraz odfrunie razem ze mną hen daleko. – powiedziałam półgłosem, kładąc się na oparciu krzesła i klepiąc ostentacyjnie po brzuchu.
 
- Weź Activię! – zaśmiał się Zayn cytując kolejną kretyńską reklamę telewizyjną, zanim dostał zwiniętą serwetką w twarz.
 
Spędzałam najcudowniejszy wieczór w życiu. Niczym, w porównaniu z tym, było wkradanie się pod napis „Hollywood” z przyjaciółmi. Niczym była kąpiel w blasku księżyca na tajskiej wysepce Phi-Phi. Niczym był widok zorzy polarnej za kołem podbiegunowym. Te białe świece, ocean płatków róż, muzyka, to, co można kupić w pierwszym lepszym sklepie, staje się tak niezwykłe. Co o tym decyduje? Miłość. Miłość jest jak proszek, który dosypujesz do mieszanki i który powoduje, że efekt końcowy jest tak niesamowity. Rozgryzłam tajemnicę. Czuję się jak odkrywca Świętego Graal`a.
Siedzieliśmy w tej magicznej scenerii rozkoszując się smakiem potraw przygotowanych przez Jonathana, cały czas mieliśmy tematy do rozmowy, śmialiśmy się z własnych żartów… Po prostu cieszyliśmy się sobą. Mogłabym tak siedzieć godzinami. Ale każdy wieczór kiedyś się skończy…
Gdy śmialiśmy się z własnego obżarstwa, Zayn wstał nagle, podszedł do mnie, elegancko pomógł wstać i zabrał mnie z altany. Stanął za mną. Poczułam zapach jego perfum i słodki oddech na karku. Odgarnął moje brązowe włosy. Po chwili na mojej szyi zawisł delikatny łańcuszek z białego złota. Spojrzałam w dół. Małe serduszko uśmiechało się do mnie. Wzięłam je w palce. Grawerowana literka „Z” była jedyną rzeczą, którą w tej chwili widziałam. Odwróciłam się w stronę chłopaka. Poczułam smak jego ust, jeszcze bardziej intensywnie, niż kiedykolwiek. Uśmiechnął się.
 
- Uznam to jako podziękowanie. – szepnął. – Idealny pocałunek z idealną dziewczyną w idealnej scenerii – spojrzał w górę. Miliardy gwiazd mrugały do nas, jakby cieszyły się z naszego szczęścia.
 
***
 
-Śpij dobrze – szepnęłam, gdy rozstaliśmy się pod drzwiami mojego domu.
 
-Po tym wieczorze szczerze wątpię w to, czy uda mi się zasnąć.  – odpowiedział zalotnie i pocałował mnie, co sprawiło, że dostałam natychmiastowych palpitacji.
 
Weszłam do środka. Czułam się jak pod wpływem środków uspokajających. Lekko przymrużone oczy, banan na twarzy. Snułam się po podłodze niczym duch po domu w Simsach. Cały czas dotykałam wisiorka, który od dziś będzie nieodłącznym elementem każdego stroju. Wreszcie dotarłam do swojego pokoju. Otworzyłam drzwi. Sue spojrzała na mnie swoimi przerażonymi oczami. Ja spojrzałam na Sue sowimi przerażonymi oczami. CO DO…?!

czwartek, 26 stycznia 2012

#18 - Feel with my hands on your waist

Czułam się jak dziecko na lekcji ruchu drogowego. Prawo, lewo, prawo? Lewo, prawo, lewo? Zawsze miałam z tym problem. Prawa ręka – ta, którą piszę. Cholera, przecież jakby nie patrzył, to dłonie są niby podobne, nie? Więc powinniście zrozumieć, że nie tak łatwo odróżnić prawą stronę od lewej. Mniejsza o kierunki. Rozglądałam się na boki (o, idealne sformułowanie!)  w poszukiwaniu mojego Zayn`a. Czy niespodzianką w jego wykonaniu jest umówić się z dziewczyną i nie przyjść? O, niech on tylko spróbuje, a nigdy więcej nie będę masowała jego przećwiczonych mięśni! Wtem, jakby czytał w myślach i przeraził się moją groźbą, usłyszałam za sobą jego niski głos i poczułam dłonie oplatające mnie w talii. Znał mój słaby punkt.

- Wybacz spóźnienie, nie mogłem znaleźć lusterka w domu. – nawet tak debilne wytłumaczenie w jego ustach brzmiało jak trzepot motylich skrzydeł (jakkolwiek kretyńsko to nie brzmi).  – Mmm, czy ja czuję wanilię? – przysunął się delikatnie do mojego karku.

Hyhyhy, pomyślałam. No, skoro już się spotykam z Zayn`em Malikiem, to popatrzyłam tu i ówdzie, żeby się więcej dowiedzieć, lalala. Tak, „#Zaynfacts” na Twitterze to kopalnia wiedzy! Prawie, jak Wikipedia! Po przeczytaniu setek faktów na temat mojego chłopaka czym prędzej poleciałam na zakupy zaopatrzyć się w waniliową mgiełkę do ciała, różowy lakier do paznokci, Capivit A+E, stanik BEZ push-up (strasznie dziwnie się takie nosi), wybielające paski do zębów i inne duperele. Nauczyłam się nawet przyrządzać samosę! Kicz jak 150, ale jak się chce przypodobać chłopakowi… Dziewczyny powinny to zrozumieć, mam rację?
Gdy odpowiedziałam na pytanie i udało mi się wyplątać z jego objęcia spojrzałam na chłopaka i … mina mi zrzedła (aczkolwiek najpierw na twarzy pojawił się banan, gdy zobaczyłam piękny bukiet zielonych orchidei – moich ulubionych kwiatów).

- Kochany, wiem, ze niespodzianka niespodzianką, ale mogłeś napisać, żebym ubrała się jak człowiek!

Zayn wyglądał tak niesamowicie przystojnie w swoim ciemnofioletowym płaszczu, granatowej koszuli z białym T-shirtem pod spodem, ciemnych dżinsach i brązowych butach, że spokojnie mógłby figurować na łamach czasopism modowych. Zamiast jednak jarać się nim oporowo, spojrzałam na siebie - dziecko wojny w tkanym poncho, grafitowych leginsach i karmelowych Loadsach, które zawsze zakładałam TYLKO I WYŁĄCZNIE do prac ogródkowych (byłam tak podekscytowana, że założyłam pierwsze lepsze buty – jak zwykle trafiłam bezbłędnie, durna baba).
Mimo to Zayn uśmiechnął się tylko, odgarnął włosy, które przyczepiły mi się do ust i powiedział:

- Dla mnie wyglądasz pięknie nawet w swojej piżamie w ciasteczkowe potwory i ze śladem poduszki na policzku.

-Uważaj, żebyś przypadkiem zaraz nie miał śladu dłoni na policzku! – zaśmiałam się. – Więc…. Co to za niespodzianka? – wyrwał się ze mnie głos małej rozemocjonowanej dziewczynki.

-Porywam Cię. – uśmiechnął się tajemniczo, złapał za rękę i pociągnął za sobą.

-Hej, a mogę się chociaż przebrać? ZAYYYYYYYN?!

***

- Nie, żebym się zaraz potknęła i zabiła, czy coś. – powiedziałam z lekką ironią w głosie.

- Nic się nie bój. Nie po to robię biceps i triceps w Sylwestra, żeby się zmarnowały. – wyszczerzył się zapewne, chociaż tego nie widziałam.

Dlaczego nie widziałam? Bo miałam przewiązane oczy. Dlaczego miałam przewiązane oczy? Tego nawet najstarsi górale nie wiedzą. Przecież wystarczyło poprosić, żebym je zamknęła (no dobra, i tak bym podglądała, ale no bez przesady…!).
Gdy awanturowałam się z Zayn`em, tupałam nóżką, strzelałam fochami niczym z karabinu maszynowego i testowałam – tym razem zawodną – minkę kota ze „Shrek`a” prosząc, żebym mogła wrócić i się szybciutko raz-dwa przebrać, chłopak twardo prowadził mnie w stronę bramy wyjściowej z mojej posesji. Dzięki Bogu, ze wychowywał się z trzema siostrami i wyrobił sobie anielską cierpliwość, bo inaczej już dawno porzuciłby mnie głęboko w lesie z kagańcem na twarzy. Modliłam się, żeby paparazzi czyhający od dwóch tygodni pod domem dali sobie spokój i odjechali szpiegować Cher Lloyd wychodzącą z McDonald`s czy Księcia Harry`ego na randce z cioteczną kuzynką prababki ojca Colina Firth`a. Nie chciałabym jutro widzieć w Internecie artykułów pod tytułem: „Zayn Malik odwiedził londyński Ośrodek Pomocy Społecznej”, czy „Wokalista One Direction udziela się charytatywnie”. Mało brakowało, a rzuciłabym się na kolana i zaczęła dziękować Bogu, gdy zamiast śliniących się napaleńców z obiektywami długości teleskopu ujrzałam piękne, błyszczące Audi A6 (co jak co, ale na samochodach to ja się znam) najwyraźniej czekające, by zabrać nas hen daleko. Uprzejmy starszy kierowca otworzył nam drzwi, Zayn puścił mnie przodem i ruszyliśmy. Podróż trwała około 15 minut. Dokładnie przez 15 minut próbowałam wyciągnąć z chłopaka informacje na temat owej niespodzianki. Wychodziłam z siebie tak, jak Sue przed randką z Harrym. Malik doskonale wiedział, że nieświadomość jest moim słabym punktem (patrz: gra w pytania), co jeszcze bardziej go rozśmieszało. Nie pomogły szantaż emocjonalny, łaskotki, próba zniszczenia fryzury – był jak pomnik, nic go nie ruszało. Wreszcie dojechaliśmy na miejsce. Gdy wysiedliśmy z samochodu poczułam się jak we Włoszech. Wąskie uliczki oświetlone przez zawieszone w ogródkach restauracyjnych lampiony, kamienice, uśmiechnięci ludzie, ciepłe powietrze, nastrojowa muzyka i wyśmienite zapachy. Zapomniałam o swoim stroju ogrodowego potworka i zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu restauracji, do której się udamy, gdy nagle coś przesłoniło mi oczy. Owym „czymś” była jedwabna przepaska.
Od tamtej pory prowadził mnie po schodach. Dookoła czuć było… pustkę! Jedynymi towarzyszącymi nam dźwiękami były ucichające akordy gitary jednego z restauracyjnych muzyków i odgłosy naszych butów. Z ciekawością, jak z apetytem – zaostrzała się wraz z wchodzeniem na górę. Zayn nagle poprosił bym się zatrzymała. Stanęłam potulnie wyobrażając sobie wokół siebie ogromne przepaście, w które mogłam w każdej chwili zlecieć, gdy usłyszałam dźwięk przekręcanego w zamku klucza, a moje ciało owionęło ciepłe, letnie powietrze.

-OK, teraz mogę zdjąć Ci opaskę. Jesteś gotowa? – spytał, jakbym miała zamiar startować w wyścigu.

-Zakładam, że tusz do rzęs już odbił się na powiekach, więc tak, jestem gotowa – zaśmiałam się.
Zayn stanął za mną i odwinął opaskę. Moim oczom ukazał się najpiękniejszy w świecie widok.

--------------------------------------------------------------------------------------------
Na prawdę nie wiem, jak opisać moją reakcję, gdy zobaczyłam licznik wejść i te wszystkie miłe komentarze. DZIĘKUJĘ!
Jeżeli chcecie być powiadamiani o nowych rozdziałach na Twitterze, podajcie w komentarzach swoją nazwę, ew. napiszcie o tym na mojego Twittera (link znajdziecie po prawej stronie w zakładce "O mnie") :)

wtorek, 24 stycznia 2012

#17 - Let me take you higher

Czas leczy rany – tak mówią. Powiedzenie, które obiło mi się o uszy wiele razy (zwłaszcza podczas namiętnego oglądania „Mody na sukces” czy przekomicznie poważnych brazylijskich telenoweli) wreszcie miało okazję przedstawić mi się osobiście. Wzięłam je na okres próbny. Sprawdziło się w zaledwie 2 tygodnie. Równo dwa tygodnie. Tyle czasu zajęła organizmom naszych pięknych chłopców regeneracja sił, regeneracja naskórka i cała reszta biologicznych procesów, w które nie zamierzam wnikać i które za pewne nie będą brzmiały apetycznie w porze posiłku.
Powinnam dostać wesołą plakietkę „Mummy Direction”, jak na skautkę przystało! Raz już o tym wspominałam chłopakom – obiecali, że dostanę nawet proporczyk w komplecie! Po tych 14 dniach gotowania, zmieniania opatrunków, wysłuchiwania jęków i stęków, odgłosów pobolewań, skakania wokół Zayn`a i Liam`a mogę śmiało stwierdzić, że kurs przedmacierzyński odbębniony. Jak najbardziej do odfajkowania.

Weszłam do pokoju chłopaków z nowymi bandażami i plastrami. Tak, chłopcy dalej mieszkali w domku na „półwyspie”. Po całej akcji nad Tamizą zostaliby pożarci żywcem przez paparazzi,którzy i tak namierzyli już mój dom i wgniatali się w bramy posesji, by sfotografować chociaż kawałek paznokcia któregoś z chłopaków. Nie chcę o tym wspominać. Powiem tylko, że dwóch byczków siedzi w areszcie, a za miesiąc ma się odbyć rozprawa. To wywarło zbyt duże piętno na nas wszystkich i gdy wydawało się, że będzie można spokojnie zapomnieć, aparat sądowy pękający w szwach od terminów wysłał nam wiadomość z datą i godziną rozprawy. Zdecydowanie bardziej cieszyłabym się z listu zawiadamiającego o błędnych wynikach matury i fakcie, że jednak nie zdałam (odpukać). Tak więc, weszłam do pokoju chłopaków – oczywiście w nieśmiertelnych kapciach-pazurach. Liam spał słodziutko tuląc kaczuszkę (tak, tę, którą konsumował niegdyś Niall). Ułożył się jak 80% ludzkości z jedną nogą nad kołdrą i drugą pod. Chciało mi się śmiać z jego palucha. Był dużo dłuższy od całej reszty i fikuśnie wystawał spod kołdry w stronę sufitu. Raz nawet Styles dorysował mu markerem twarzyczkę i przewiązał sznurkiem a la szalik, co potem wylądowało na Twitterze z nieśmiertelnym dopiskiem „Guess who?”.  Liam odpłacił się wyprostowaniem połowy włosów w trakcie snu, co również poszło w wirtualny świat


Zasłonki przepuszczały niewiele światła, więc w półmroku starałam się wymijać kolorowe bokserki Stylesa uśmiechające się wesoło w moją stronę, paczuszki po Twix`ach (również Hazzy – uwielbiam, jak zjada dwa batoniki na raz, żeby żaden nie czuł się samotny) i całą stertę chusteczek do nosa (Liam chyba oglądał wczoraj „Toy Story”). Reszta chłopców była na zewnątrz. Niall od chwili wypadku był bardzo przeczulony na punkcie tego, żeby Payne i Malik mieli spokój. Ostatnio rzucił się nawet na Harry`ego ze swoją ukochaną gitarą, gdy ten chciał wpakować się goły do Zayn`a. Lou zaczął się wydzierać, że wniesie pozew o rozwód, że tylko on może oglądać pośladki Hazzy, ma to na piśmie i zwoła konferencję prasową w tej sprawie. Horan siedział teraz samotnie na werandzie i obcował ze strunami. Gdy pochylałam się nad szafką nocną, by położyć zestaw młodego medyka, ktoś złapał mnie w talii i poleciałam w tył rozwijając w powietrzu bandaż, który niczym serpentyna oplótł Liam`a. Przez chwilę miałam mini-zawał, by po tym sekundowym locie znaleźć się w objęciach swojego chłopaka. Oplótł mnie mocniej w pasie, przyległ umięśnionym torsem do moich pleców i delikatnie pocałował w kark. Jego oddech przyprawił mnie o kolejny zwał (jestem medyczną zagadką, na to wychodzi), a ciepło jego ciała sprawiło, że przeszły mnie bardzo miłe dreszcze.

- Dzień dobry, piękna! – szepnął dalej całując mnie w kark. To właśnie rekompensata za użeranie się z nimi przez dwa tygodnie.

- You keep making me weak, baby – uśmiechnęłam się cytując „One thing” i równie uprzejmie przywitałam Zayn`a.

Liam nie poruszył się – najwyraźniej bandaż nie jest godzien by go budzić. Gdy już miałam ponieść się romantycznym igraszkom z ukochanym, do pokoju zajrzał Boo Bear. Uwielbiam jego wyczucie czasu. Spojrzał na Payne`a i oczy rozbłysły mu niesamowicie. Wiedziałam, co knuje. WIEDZIAŁAM! Chłopak rzucił się na łóżko naszego Tatuśka i w okamgnieniu zaczął obwiązywać mu twarz bandażem. Lou chyba chciał zobaczyć, jak kretyńsko wyglądał w jednym z ich Video Diary, gdy sam straszył małe dziewczynki z prześcieradłem wokół głowy. Liam jednak nie spał (a to cicha woda, chciał podglądać, co robimy z Zayn`em! Rozgryzłam Cię, Payne!).  Wystawił spod kołdry… marchewkę?! Tak, marchewkę! Zagroził Louisowi, że jeżeli jeszcze raz pogniecie mu pościel, warzywo wyląduje w stercie brudnej bielizny Harry`ego. Tomlinson zaryzykował. Po sekundzie nurkował  już w morzu bokserek, by wyłowić ukochaną przekąskę, a Liam z wyższością uśmiechnął się, poprawił poduszkę i ułożył się wygodnie z rękami pod głową. Gdy Zayn trząsł się ze śmiechu wyzywając Lou od majtków, do pokoju wpadł Hazza (on ma uszy jak radary, bez kitu). Wtedy Boo Bear wynurzył się z marchewką w buzi i różowymi slipkami w choinki na głowie. Był dosyć zaskoczony widokiem przyjaciela, który rekompensował brak koszulki niezawiązanym krawatem. Harry potrząsnął grzywą, stanął przed Louisem i zarzucając na niego krawat przyciągnął do siebie, ruszając przy tym porozumiewawczo brwiami:

- Tomlinson, kocie, moje majtki są wiązane na sznureczek – powiedział uwodzicielskim głosem.

- Mmmm… - zamruczał Boo Bear i rzucił się na Styles`a.

Wszyscy zaczęliśmy tarzać się ze śmiechu. Stylinson baraszkował w morzu bielizny, gdy do pokoju wpadł Horan z gitarą. Już miał zacząć wykrzykiwać swoje irlandzkie powiedzonka, gdy para bokserek wylądowała na główce instrumentu. To rozśmieszyło nas jeszcze bardziej,a biedny Niall stał zdezorientowany po środku tego burdelu i drapał się w głowę mrucząc pod nosem jakieś przekleństwa.


***


- Jak myślisz, czarne rurki, biała tunika z napisem, skórzana kurteczka i czerwone dodatki, czy może lepiej sukienkę w kwiatki, brązowy pasek, koturny? Cholera, a może szorty, zakolanówki, sweter oversized? Niee, lepiej chyba, jak założę dżinsową kurteczkę, sukienkę i sandały… PIERDZIELE, NIE IDĘ. – moja Sue rwała sobie włosy z głowy. – Nie mam co na siebie założyć.

Uwielbiam ten stan, gdy stoisz przed garderobą pełną ciuchów i nie masz żadnej koncepcji na ubranie. Zwłaszcza, gdy idziesz na randkę z Harrym Styles. Dokładnie tak! Nasz Lokowaty zaprosił Sue na kolację. Przyjaciółka wychodziła z siebie we wszystkie możliwe strony. Mieli wybrać się do jednej z lepszych londyńskich restauracji, a mianowicie do L’Atelier de Joël Robuchon. Świece, piękny wystrój, wino, elegancki Harry. Czy można chcieć więcej? Niall doradzał mu w wyborze lokalu, gdyż – jak powszechnie wiadomo – ma doświadczenie z jedzeniem. Zaczął marudzić, że też chce tam pójść,jednak opamiętał się, gdy Harry obiecał mu resztki ze stołu.
Zanurkowałam w garderobie razem z przyjaciółką.

- Ponieważ idziecie do ELEGANCKIEJ, podkreślam, restauracji, wszelkie T-shirty, dżinsy, swetry odpadają. Załóż to. – podałam jej wieszak ze śliczną złotą minisukienką, obszytą subtelnie cekinami, wiązaną z tyłu na kokardkę. Była naprawdę boska. Mieniła się delikatnie w świetle, pięknie eksponowała figurę i podkreślała zgrabne nogi.

Gdy Sue ułożyła włosy i umalowała się, pożyczyłam jej swoją szczęśliwą bransoletkę. Tak, wiem, że to brzmi dziecinnie, ale złoty łańcuszek z przywieszką, którą mialam od dziecka robił z powodzeniem za mój amulet. W momencie, gdy zapięłam biżuterię na jej ręku, zadzwonił dzwonek do drzwi. Uścisnęłam przyjaciółkę i odprowadziłam ją na dół. Harry stał przed drzwiami majstrując przy mankiecie. Na widok Sue uśmiechnął się tak pięknie, jak nigdy.

***

Siedziałam w swoim pokoju. Był już późny wieczór, lampeczki na tarasie paliły się jak zawsze, a ciepłe powietrze wpadało przez otwarte drzwi balkonowe. Kubek z gorącą czekoladą parował na nocnej szafce, MacBook leżał włączony na łóżku, a z wieży płynął łagodny niczym balsam dla duszy głos Ed`a Sheerana. Pełen chillout. Zatopiłam głowę w poduszce i zamknęłam oczy, lecz stan błogiego odpoczynku nie trwał długo.
PIK PIK. – zawołał radośnie mój telefon.

„Spotkajmy się nad jeziorem. Mam dla Ciebie niespodziankę. Zayn xx”

Now you`ve made me weak, baby! – pomyślałam, po czym zarzuciłam na siebie poncho i w podskokach zbiegłam ze schodów.

----------------------------------------------------------------------------------------

Kochani, serdecznie dziękuję za odwiedziny i komentarze. Tak, jak wspominałam wcześniej, bardzo wiele to dla mnie znaczy. <3 xx